Komórka

 

 

            Komórka (zwana też zamiennie spiżarką) to niewielkie pomieszczenie, pachnące ziołami, suszoną kiełbasą, kiszonymi ogórkami, grzybami.

            Prawdziwa komórka jak to komórka. Jest niewielka. Wchodzi się do niej przez lakierowane na biało drzwi. Lakier na framudze lekko, prowokacyjnie odpryskuje. Zaprasza, by go zręcznie zeskrobywać. Po troszeczku. Do gołego drewna.

            Czynność zeskrobywania nie jest bynajmniej żadną paskudną destrukcją. Przeciwnie –  ma w sobie coś z aktu tworzenia i wyzwalania. Drobne i większe łuski lakieru spadają na podłogę, tworząc białawy, delikatny, ulotny kobierczyk. Gdy lekko dmuchnę, unosi się w górę i wzlatuje, wzlatuje! Łuski lakieru wirują i opadają. Framuga odzyskuje tymczasem powietrze. Znowu może oddychać i pachnieć drewnem. Została uwolniona!

             Za każdym razem, gdy zachodzę wysłana po coś do komórki-spiżarki, dokonuję paru fascynujących skrobnięć. Babcia bezlitośnie zmiata kobierzec lakieru z podłogi. Jak to jest? Dlaczego to tak obłazi? Trzeba koniecznie pomalować na nowo…

            Na półkach komórki-spiżarki widać różne różności. Nad głową zwieszają się białe, płócienne woreczki – różnej wielkości (co w nich było? Pewnie wiedziałam, ale zapomniałam i już nic na to nie można poradzić…). Są tu słoje z suszonymi grzybami i słoiczki z grzybkami marynowanymi. Wysoko wiszą kawałki wędliny (czasem jest to całkiem spora połeć szynki, czasem  trochę dobrze obsuszonej kiełbasy; pewnie takiej samej, po jaką wędrowały dziarsko dzieci z Bullerbyn…). Są różne  słoiczki z powidłami, konfiturami i galaretkami. Są butelki z postnym olejem lnianym i jakimiś innymi nieznanymi miksturami.     Jednak najwięcej jest przetworów z gruszek-klapsów. To kompoty i podzielone na ćwiartki owoce smażone na złoto. Nawet przez szkło słoika (od samego tylko patrzenia) domyślać się można ich boskiej słodyczy. To prawdziwa ambrozja. Kto raz spróbował smażonych klapsów, ten nigdy w życiu nie zapomni ich smaku. Będzie go czuł już na zawsze (żałuj, Czytelniku, jeśli nie doświadczyłeś spotkania organoleptycznego z domową konfiturą z gruszek…). Część słoików z klapsami trzeba znosić do piwnicy, ponieważ domownicy, nawet gdyby się starali nie wiem, jak (a starają się i to bardzo), nie nadążają z jedzeniem.

            W komórce stoi też duża, złocista puszka z landrynkami. To prawdziwy skarb. Nic dziwnego, że lśni jak złoto. Na paru dolnych półkach mieszkają puste, trzymane na zapas, lekko przykurzone słoje do wekowania, a w płaskiej szufladzie – gumy i sprężynki.

            W komórce jest chłodno. Nie ma tu okna. Panuje półmrok. Zawsze. Nawet, gdy się przekręci ebonitowy kurek kontaktu, by ożywić zawieszoną pod sufitem  niewielką kulę z białego, mlecznego szkła. Tkwi w niej słaba żarówka. Światła daje niewiele. Trochę dlatego, że trzeba oszczędzać, ale też trochę dlatego, że przechowywane w komórce-spiżarce dobra wolą się obywać bez zbędnego światła.

            Do lepszego trwania potrzebują półmroku. Mogą wtedy czekać. Czekać i pachnieć. Pachnieć odległym wiatrem, lasem, ogrodem i tajemnicą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *