Pierwsze spotkanie z Taszkentem i pierwsze zdziwienia czyli wyprawa do Uzbekistanu – część druga

Październik 2018

    Pierwsza doba w stolicy Uzbekistanu upłynęła pod znakiem mniejszych i większych zdziwień. Pierwszym moim osobistym zdziwieniem był fakt, że wylądowaliśmy we wspólnym pokoju z Joasią i Zbychem (który, jak wiadomo, ma świetne pomysły). To właśnie on rezerwował noclegi…

      Gdy weszłam do przestronnego pokoju z piętrowymi łóżkami, którego ściany ozdobione zostały  dziwnymi obrazami, o lekko psychodelicznych klimatach (potem dowiedzieliśmy się, że ich autorem był mastier, perski małżonek właścicielki hostelu), przyszło mi do głowy, że to może nie koniec niespodzianek…

           Kolejnym zdziwieniem była kolacja, którą zjedliśmy (a wszyscy byliśmy już straszliwie głodni) w czymś w rodzaju stołówki, w dość bliskim sąsiedztwie naszego hostelu. Był to lokal całkiem spory, bez żadnego wystroju.

       Nagie ściany błyszczały lekką poświatą olejnej lamperii.  Zaraz przy drzwiach widniał kontuar z kasą, wokół którego krążyli sympatycznie uśmiechnięci chłopcy z obsługi. Poza tym znajdowały się tam potężne stoły-łóżka, przy których spoczywali panowie Uzbecy. Byli po pracy, przyszli coś przekąsić, pogadać, odpocząć. Ubrani w jakieś drelichy, przykurzone garniturki, swetry… W kącie siedziały też dwie panie. Jednak przewaga mężczyzn rzucała się w oczy. My też spoczęliśmy przy takim stole, w wymuszonej przez konstrukcję pozycji półleżącej, co było, prawdę mówiąc, strasznie niewygodne, choć – oczywiście – szalenie malownicze!

           Zebrani zaczęli spoglądać na naszą szóstkę, płci obojga. Ze sporym zaciekawieniem. Na szczęście – bez wrogości. Dostaliśmy kartę w języku uzbeckim i, posługując się mową ciała, bo żadnego innego wspólnego języka nie mieliśmy, zamówiliśmy, co się dało. Na tak zwanego czuja. Naznoszono nam rozmaitych różności, a właściwie rozmaitych tłustości. Jakiś ryż, jakąś cieciorkę, jakieś mięska i kosteczki do ogryzania i – jedyne znane mi danie – gołąbki zawijane w liście winogron (nieco podobne do tych, które serwowała nam podczas ursynowskich przyjęć nasza bułgarska koleżanka – Iwanka). Wszystko było całkiem smaczne i baaaardzo sycące. W dużych ilościach. Nasi panowie poprosili jeszcze o piwko (chyba nawet podwójne) i wino dla pań. Piwko było na miejscu, po wino chłopcy pobiegli do sklepu. Nie było pewnie (obiektywnie rzecz biorąc) najlepsze, ale nam wtedy dość smakowało. Przed nami wyrosła jakaś niesamowita góra jedzenia. Talerze różnej wielkości, półmiski i półmiseczki ledwo się mieściły na naszym (naprawdę ogromnym) stole, przy którym próbowaliśmy się jakoś, z niejakim trudem, umościć, wyginając się i podpierając łokciami. No i co zrobić z nogami?!! Pół leżąc, pół zwisając, wyjadaliśmy sobie wzajemnie z talerzy, próbowaliśmy różnych smaków (po paru dniach opanowaliśmy niektóre nazwy uzbeckich dań, ale pierwszego wieczora byliśmy nowicjuszami) i wydawaliśmy okrzyki radości, jak to bywa podczas pierwszego wspólnego dreptaczego wieczoru na egzotycznej (dość) wyprawie… W końcu przyszło do płacenia rachunku. Zapłaciliśmy dolarami, bo jeszcze nie zdążyliśmy wymienić pieniędzy. Chłopcy z obsługi dostali  20 dolarów. Za wszystko (łącznie z alkoholem). Przy czym dwa (czy trzy) dolary, to był napiwek. Byli zachwyceni. To było kolejne zdziwienie. Co prawda wiedzieliśmy, że jedzenie będzie tanie. Ale żeby aż tak?…

             Po tym wielkim obżarstwie udaliśmy się na wieczorny spacer, chcąc nieco utrząść obfitą kolację i zobaczyć, jak też prezentuje się stolica Uzbekistanu wieczorową porą.

          Cóż, prezentowała się tak sobie. Mieszkaliśmy przy ruchliwej, najwyraźniej przelotowej ulicy, po której gnały przed siebie olbrzymie ciężarówki i liczne samochody osobowe. Wszystkie przyozdobione zostały wielkimi pojemnikami z gazem, bo 80% uzbeckiego transportu samochodowego korzysta z tego właśnie paliwa (gaz ziemny jest najważniejszym, obok bawełny, bogactwem Uzbekistanu).  W powietrzu unosiły się kłęby kurzu i piachu, który opadał na wszystko (łącznie z nami). Przemykaliśmy się wzdłuż jezdni, po czymś na kształt chodnika (bardzo wyboistego i – miejscami – całkiem zanikającego), oddzielonego od jezdni z pędzącymi samochodami głębokim i szerokim co najmniej na metr rowem. Niczym nie zabezpieczonym. Nie mogliśmy dojść – co to i po co to… Pułapka na pieszych! Tak to wyglądało!

      Tak pracowicie spacerując, jak to mają w zwyczaju prawdziwi, żądni wrażeń turyści, minęliśmy w pewnym momencie zadziwiającą farmę, gdzie – najwyraźniej –-  hodowano krasnale, a także inne cudnej urody ozdoby do ustawiania w miejscowych ogrodach. Nie mogliśmy się napatrzeć na te wyroby rzemieślnicze, niekiedy – bardzo pomysłowe i świadczące o sporej wyobraźni. Co do gustu to… No ale o gustach, jak wiadomo, nie powinno się dyskutować. Przez tę niesamowitą farmę krasnali przechodziliśmy zresztą potem kilkakrotnie, bo leżała na drodze do metra i do centrum. Wszyscy cykaliśmy zdjęcia jak najęci.

    No i te drzewka… Zauważyliśmy je już w Mińsku. Relikt zwyczajów botanicznych dawnego bloku wschodniego. Wszystkie równiutko pomalowane białą farbą do wysokości 1,5 metra. Uzbecy tłumaczyli nam potem (ze sporym zaskoczeniem, że nie wiemy tak oczywistych rzeczy), że farba zabezpiecza przed szkodnikami. Zamajaczyły mi wtedy w pamięci takie bielone drzewka. Niejasno przypominałam sobie, że w dzieciństwie widywałam takie i u nas, ale potem odstąpiono od takiego sposobu ozdobnej ochrony drzew w mieście (z tego, co wiem, u nas bieli się tylko drzewka w sadach i ogródkach, choć może gdzieś w Polsce też pojawiają się w parkach pobielone drzewa?).

      W końcu – dość zmęczeni (trzeba się było przestawić na zmianę czasu) – wróciliśmy do naszego hostelu, gdzie padliśmy na łóżka bez tchu.

        W nocy rozległy się na korytarzu jakieś stukania, chichoty i nawoływania w językach orientalnych (potem dowiedziałam się od Elmiry, naszej gospodyni, że to były okrzyki po chińsku) i miałam wrażenie, że za chwilę będziemy mieli w pokoju z piętrowymi łóżkami kolejnych towarzyszy (bądź towarzyszki). Spałam jak zając pod miedzą, oczekując kolejnych gości. Nie przyszli.

          Nad ranem, gdzieś około 7.00 (czyli – naszej 4.00, eeeech, co tu gadać – nie było to łatwa pobudka) po słabo przespanej nocy postanowiłam wziąć prysznic. Okazało się, że w łazience pluskają się Chinki, które nocowały gdzieś obok.

            Udałam się więc, mimo porannego chłodu, przez niewielkie patio, do drugiej części naszego hostelu, gdzie skorzystałam z łazienki Walców i pewnej uroczej, sąsiadującej z nimi, Holenderki. Wykąpałam się, zalewając przy okazji podłogę, bo był jakiś błąd w odpływie. Nieźle się potem nagimnastykowałam, by zlikwidować kałużę. Kałuża zanikała pod wpływem moich działań, podobnie jak Morze Aralskie – w latach sześćdziesiątych jedno z największych jezior świata, czego uczyłam się na lekcjach geografii – zanikało na skutek działalności radzieckiego pracowitego człowieka, który postanowił przemienić pustynię w plantację bawełny…

         Tak – mniej więcej – wyglądało nasze pierwsze zetknięcie z Taszkentem. Pierwszą dobę mieliśmy za sobą. Co będzie dalej? To się okaże… Na razie na pewno było inaczej, inaczej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *