Ja – MASTIER! – czyli wyprawy do Uzbekistanu część czwarta

 

Październik 2018

 Kto tak płocho igrajet na mojej gitarie? – usłyszałam i odczułam (co tu kryć) ukłucie w sercu. Maleńkie, bo maleńkie (mam świadomość swoich niedoskonałości), ale jednak, cóż… bolesne. Zza drzwi prowadzących do saloniku, gdzie jadaliśmy śniadania i kolacje (nie zawsze korzystaliśmy ze stołu-łoża na patio) wyłonił się straszliwie chudy osobnik. Widzieliśmy go już w tym miejscu. Miał piękne, bardzo ciemne oczy o szatańskim wyrazie. Średniego wzrostu, przygarbiony, pogięty… Wpatrywał się w nas ni to z przyganą, ni to ze zdziwieniem, ni to z ciekawością…

              Siedzieliśmy sobie na fotelach, popijając różne alkohole, te tutejsze i te nabyte jeszcze w Mińsku, w strefie bezcłowej i myśląc o przeżyciach minionego dnia. Zbycho rozmasowywał bolesne miejsca (jego upadek, na szczęście, nie zakończył się poważną kontuzją, ale bolało…). Walec patrzył na Ludkę. Ludka zerkała (niby nic) na Walca. Rycho spoglądał w gwiazdy. Joanna myślała. Ja śpiewałam. Lekko pijani raczyliśmy się taszkenckim wieczorem. Żadnych trosk. Wszystko zostało poza nami…

         Chudy osobnik obrzucił całe to rozanielone towarzystwo swoim smolistym, płonącym wzrokiem i powtórzył swoje pytanie, czyli – kto tak kiepsko (źle) gra na mojej gitarze… Cóż było robić… Przerwałam grę i śpiew. Oddałam instrument prawowitemu właścicielowi (Walec przyniósł gitarę z saloniku, trochę pograł a potem, jak to Walec, oddał mnie). Chudy osobnik przejął gitarę i wydobył z niej akord. Rzeczywiście dość skomplikowany. Obrzucił nas triumfalnym spojrzeniem i zagrał ponownie. Ten sam akord… Był skomplikowany w ten sam sposób. Wyraźnie czekał na brawa. Nie bardzo wiedzieliśmy, jak zareagować, więc Rysiek – przytomnie  –  nalał chudemu osobnikowi koniaku. Gorejące oczy rozbłysły jeszcze bardziej i usłyszeliśmy: JA MASTIER!!!

              Zamilkliśmy, w lekkim napięciu oczekując na dalszy bieg wydarzeń. Mastier powiódł tymczasem po nas wzrokiem z wyrazem lekkiej przygany a następnie zapytał:

 Czy wiecie, która z obecnych tu kobiet jest najpiękniejsza?

Powiało grozą…

 Pytam was! Wiecie, która jest najpiękniejsza i dlaczego?!!

 Wszystkie trzy z lekka skurczyłyśmy się w sobie. Nasi panowie patrzyli w przestrzeń zbaraniałymi oczyma.

 Ona jest najpiękniejsza!

Długi i chudy niczym dzika szparaga palec wycelował w Ludkę…

– A wiecie dlaczego? Bo ona pierwsza powiedziała mi dziś „dzień dobry” – oświadczył triumfalnie. – Kobieta, która rankiem jako pierwsza mówi mi „dzień dobry” jest najpiękniejsza!! Jest najpiękniejsza, bo pozdrowiła mnie. Powiedziała mi „dzień dobry”. Życzyła mi dobrego dnia!

              Chudy osobnik (wiedzieliśmy odtąd, że sprawa jest poważna; przemawiał do nas bowiem sam mastier…) wyjaśnił nam następnie, że najważniejsze w życiu jest cieszenie się chwilą i napawanie pięknem. Pokazał nam też (na video) film o swoim dziadku – artyście ludowym, emitowany w ogólnokrajowej telewizji a także zaprezentował swoje (chyba ważne dla niego) dokonanie artystyczne: film przedstawiający z lekka oniryczne barwne, piękne plastycznie wizje – dość monotonne, z powtarzającymi się obsesyjnie elementami. Sceny tańca, tajemniczych poszukiwań rozgrywały się wśród starych budowli Buchary… Były smukłe, gibkie kobiety w orientalnych szatach i piękni, czarnoocy młodzieńcy. Były fontanny i mozaiki. Były pokruszone mury i przejścia prowadzące nie wiadomo, dokąd…

                    Po chwili przysiadły się do nas dwie sąsiadki z hostelu, Holenderki, dzielące z Walcami łazienkę. (Rysiek nalał im koniaku). Obie wyglądały młodo. Jedna była studentką, zajmującą się językiem i historią Uzbekistanu. Druga okazała się … jej mamą, która przyjechała w odwiedziny. Dziewczyna, zafascynowana krajem, zaczęła opowiadać o swoich studiach.. Mama patrzyła z dumą… My dzieliliśmy się planami podróży. Elmira przyniosła kolejny imbryk herbaty i usiadła z nami.

           Ponieważ mastier zniknął na chwilę, a gitara (na której tak źle grałam…) wciąż była w pobliżu, sięgnęłam po nią i zaśpiewałam kołysankę, tę, którą zwykle śpiewam na Mazurach, na zamówienie Walcowych – całkiem już dorosłych – dzieci. Elmira i holenderskie sąsiadki obdarzyły mnie uśmiechem…

            Wieczór robił się coraz chłodniejszy, ale nikomu nie chciało się wstawać. W drzwiach, prowadzących na patio, stanął mastier. Ogarnął nas swoim smolistym wzrokiem i, lekko przytrzymując się framugi, posłał nam w wieczornym podarunku swój przepiękny uśmiech.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *