Czy naprawdę zasypano północne jeziora? Mazurskie historie i różne opowieści. Coś na kształt wstępu

Skocz do galerii

           Tak jakoś wyszło, że od lat pływamy sobie po Mazurach. Grupka pączkuje – dochodzą kolejne osoby, niektóre się wykruszają, ale z kolei przybywają dzieci i po jakimś czasie obrastają w swoich (już własnych) mazurskich załogantów…

       Dzieci, jak to dzieci, dorastają i – naturalną koleją rzeczy – odrywają się od starców, pływają własnymi drogami, no ale niekiedy dochodzi do spotkań gdzieś na szlaku. Trwa to od lat. Ilu? Gdyby liczyć od początku to…          Ale kiedy właściwie był ten początek? Czy wówczas, gdy odbył się pierwszy rejs (na omegach) studentów Warszawskiej Akademii Muzycznej i ich znajomych (czy też przyjaciół) z udziałem Zbycha i Walca?

     A może wtedy, gdy Ludka wynajętą motorówką doścignęła żeglującego Walca na środku jeziora, co stało się zaczątkiem przyszłych wspólnych rejsów? (To nieważne, że rzecz miała miejsce na Zalewie Zegrzyńskim…)

      A może wtedy, gdy żeglarski patent zrobił Rysiek? Chyba nikt nie podejmie się określić, kiedy dokładnie zaczęło się to wspólne, mazurskie żeglowanie ani o co chodzi w tej wspólnocie.

       Z pewną dozą ostrożności (jak powiada Zbycho) można by powiedzieć, że istnieje coś takiego jak trzon grupy: to Walec z Ludką (czy też może raczej Ludka z Walcem), i Zbycho – najbardziej doświadczeni żeglarze, Rysiek z Hanią (tu kolejność nie ulega żadnej wątpliwości), Tomek (jedyny w tym gronie sternik morski) i Ela oraz Andrzej i Misia.

        Trzon się umocnił bardzo szybko za sprawą Bału, który nie zraził się do Mazur, choć na swoim pierwszym w życiu rejsie, z Walcem w roli kapitana i całą masą dzieci Walcowych i własnych, złamał żebro. Teraz, gdy jest w dobrej formie, grywa przy ognisku na gitarze tak tęsknie, że nawet Ludka (zwykle wcześnie chodzi spać) daje się czasem przyciągnąć z powrotem na łono towarzystwa, a gdy jest w gorszej – to zastępują go jego uczniowie – też gitarzyści (też grają na ogół raczej tęsknie).

       No i pojawia się w trzonie jeszcze duch z przeszłości, uczestnik dawnych, legendarnych rejsów, które żyją w opowieściach Zbycha – czyli Urb, w otoczeniu swoich pięknych pań (ciągle innych, choć ostatnio sytuacja wydaje się bardziej stabilna).

        Kogo jeszcze zaliczyć do tzw. trzonu, trudno powiedzieć. Były czasy, że niezwykle ważną osobą był Bardzo Duży Wojtek (w odróżnieniu od Dużego Wojtka – syna Basi i majora Witka i Małego Wojtka – syna Hani i Ryśka). Bardzo Duży Wojtek, starszy od nas (ale tylko wiekiem, nie duchem) o parę ładnych lat, zupełnie mimochodem uczył nas spokoju, wakacyjnego luzu, pogody ducha, trochę też podejścia do dzieci. My, młodzi wówczas rodzice, patrzyliśmy jak kapitalnie porozumiewa się ze swoją córką – Izą. Iza – bez mruknięcia i wyglądało na to, że z niekłamaną przyjemnością, szorowała do błysku pokład i wskakiwała do wody, sondując głębokość i sprawdzając, czy Brander, łódka z betonu, jacht ciężki i o wyjątkowo dużym zanurzeniu, dojdzie do brzegu. Bardzo Duży Wojtek pytał wtedy wesoło: jak tam? Po cycuszki? Po cycuszki? A potem decydował: podchodzimy  albo: nie da rady! Tutaj musimy rzucić kotwicę.

    Teraz Bardzo Duży Wojtek żegluje sobie gdzieś w Tajemniczej Nieskończoności, zaś całkiem już dorosła Iza zaprosiła nas na swój ślub i wesele, traktując przyjaciół z Mazur jak najbliższą rodzinę. No i bardzo się Młodzi ucieszyli (oczywiście jej narzeczony musiał przejść, i to parokrotnie, chrzest mazurski) z żeglarskiego kuferka, w którym, oprócz ekskluzywnych ręczników i prawdziwego rumu – przysmaku równie prawdziwych żeglarzy, znalazły się muszle z jezior i tomik wierszy Gałczyńskiego, kupiony i pamiątkowo ostemplowany w leśniczówce Pranie…

       Mocnym ogniwem mazurskiej grupy stały się  na pewno tzw. Wacko-Przemki (czyli Wacka i Przemek, coraz lepiej spisujący się jako kapitan damskiej załogi), które stawiały pierwsze mazurskie kroki pod okiem Kasi, doświadczonego sternika.

        Oj, nie było łatwo. Wszystko musiało być jak w zegarku i zgodnie z regulaminem. Biedna Wacka (ma patent sternika, ale nie chce go używać) cierpiała katusze z powodu braku wakacyjnego luzu. Sytuację ratował mąż Kasi – Krzyś, jak zawsze szarmancki wobec dam (a Wacka, nawet w tenisówkach, do nich należy). Krzyś wykonywał różne polecenia swojej pani kapitan z poświęceniem, choć, jak niegdyś Bału, też złamał żebro (to taka rejsowa moda).

       Wacko-Przemki oraz Grażyna, ich dzielna załogantka, odetchnęły z ulgą, gdy przesiadły się na inne łodzie, gdzie się okazało, że nie zawsze i nie wszystko musi być jak w zegarku. A regulaminy?… A co to takiego?

      No właśnie. Najważniejszy jest luz w jestestwie – jak stwierdziła kiedyś Ela D., pijąc (bezstresowo!) w towarzystwie Walca kolejne piwo w przystani Pod Dębem nad Jeziorem Nidzkim, podczas gdy Tomek, Rysiek i Hania (moknąc po drodze w ulewie) taszczyli pieszo z Nidy zaopatrzenie dla jachtów: niezliczone bochenki chleba, słoiki z gołąbkami, jabłka, fasolkę szparagową, bób i inne mazurskie przysmaki.

         Kasia w następnych latach też zaczęła rozumieć pojęcie luzu w jestestwie i zyskała spore uznanie, gdy (jako stara harcerka) skrzętnie zabierała z kolejnych biwaków susz, sprytnie ukrywając go w niewielkim woreczku. Tego suszu fachowo używała jako rozpałki. A było to istotne zwłaszcza, gdy mieliśmy do czynienia z zamokniętym po deszczach drewnem. Kasia wyjmowała wtedy swój tajemniczy woreczek, wysypywała z niego zawartość i już ognisko można było zapalić jedną zapałką. Albo dwoma. No może trzema. No jakoś tam się w końcu rozpaliło…

     Przy ognisku Adam, który – jako stary przyjaciel Bogdana – dołączył stosunkowo późno i teraz pojawia się niekiedy jak iskra, by w następnym roku zagasnąć jak ta iskra i zniknąć, odpalał papierosa od płonącej gałązki. Jeden z nielicznych palaczy w tym gronie. Każdego wieczora domagał się, by Walec śpiewał dawny przebój Siedem dziewcząt z Albatrosa, czyli słynną Beatę, a kiedy Walec odmawiał (bo nie umiał), Adam urządzał chór wujów i z wielkim zacięciem, wspierany przez Bogdana (zawodowego muzyka jazzowego) i Urba (hobbystę – gitarzystę, skrzypka i miłośnika ustnej harmonijki) odśpiewywał tę tęskną pieśń jak umiał najlepiej (a najlepiej nie umiał). Trochę go brakuje na rejsach. Może się jeszcze kiedyś pojawi, o ile znów nie czmychnie do Australii, swojej drugiej ojczyzny.

        Co do palaczy to Bogdan od czasu do czasu właśnie na Mazurach postanawiał rzucić palenie. Lepiej było do niego wtedy się nie zbliżać; stawał się dziwnie małomówny, nawet filozoficzne dyskusje na temat problemów ogólnoludzkich nie były go wówczas w stanie poruszyć. Dochodziło do tego, że wszyscy po prostu marzyli, by wreszcie zapalił sobie tego papieroska…

       Grażynie się natomiast udało. Przestała palić z dnia na dzień i przez parę ładnych lat trzymała się dzielnie (w końcu jednak poległa…). Rano, z głową przyklejoną do masztu (tylko w tym miejscu jej radyjko na baterię jako tako odbiera) słucha programu II PR o 9.00 rano, bo właśnie wtedy Krzyś G. (też pływał z nami parę razy) czyta swym uwodzicielskim głosem powieść w odcinkach. Znakiem rozpoznawczym Grażyny jest piwo z sokiem (tylko pod taką postacią jest w stanie sączyć ten typowo mazurski napój), unikanie kąpieli w jeziorze (a czy to ja kogo zabiłam? Woda za zimna!) i  odbieranie  komórki słowami: Słucham, S…(tu pada nazwa jej gabinetu dentystycznego, która w tym tekście paść nie może, żeby nie było kryptoreklamy; hm… jakby kto nie wiedział, jak się nazywa gabinet Grażyny… wszyscy tam wpadają od czasu do czasu; oj, nie są to wizyty towarzyskie).

       Królem ognisk bywa często Andrzejek, właściciel malowniczego rancza, starego dworu, pracowni kamieniarskiej i żony – Misi (której mu – skrycie – zazdroszczą wszyscy koledzy). Andrzejek przechadza się wokół ognia, dyskretnie demonstrując swoją wspaniałą muskulaturę oraz, ile  ostatnio zeszczuplał (na skutek picia czerwonej herbaty). Po przechadzce Andrzejek zwykł był rozciągać się malowniczo na kocyku, by, wysłuchawszy paru swoich ulubionych tęsknych pieśni w wykonaniu Walca, udać się w objęcia Morfeusza. Od czasu do czasu włącza się w wykonanie pieśni, bo jego melodyjne pochrapywanie niejednokrotnie współgra z  mazurskimi przebojami.

      Misia, sto dwadzieścia procent kobiety w kobiecie, pojawiła się wiele lat temu nad Tałtami (w Zatoce Skorupki). Z włosami  przewiązanymi żółtą kokardą w kształcie malowniczego motyla wyglądała jak nimfa. I tak już pozostała, choć kokardy gdzieś się zapodziały. Od lat  panowie dają Misię za przykład swoim żonom (albo też swoim kobitom) – otóż Misia uczestniczy ile trzeba, ale nigdy nie narzeka, nie marudzi, za to zawsze się uśmiecha, no i przede wszystkim NIE STWARZA PROBLEMÓW, co – zdaniem panów – zdarza się nagminnie innym paniom (zwłaszcza własnym żonom).

      Do grupy dziarsko doszlusowali też w pewnym momencie Hania i Adam. Doszlusowali, bo tak zarządziły energiczne, mazurskie dzieci.

     Córka Adama i Hani oraz córka Ryśka i Hani – przyjaciółki na dobre i na złe – postanowiły w dzieciństwie, że zaprzyjaźnią ze sobą rodziców. Jak postanowiły, tak zrobiły! W ten sposób na jednym z jachtów zaczęły razem pływać Hanie Dwie (w towarzystwie swoich mężów – Ryśka i Adama).

       Adam i Hania pozostali wierni Mazurom mimo tego, że ich pierwszy rejs był wyjątkowo trudny: dwa tygodnie deszczu! Pod pokładem – coraz więcej mokrych ubrań i nigdy nie schnących ręczników. Na szczęście była też cytrynówka zrobiona przez świeżoupieczonych żeglarzy według przepisu zaprzyjaźnionego księdza. Cytrynówka Hani i Adama się na rejsach przyjęła. Czasem wręcz ratowała życie i pozwalała przetrwać chwile zwątpienia: czy aby wyjdzie kiedyś słońce?

     Hania, podobnie jak Misia, nigdy nie stwarza problemów. Daje radę, nie wpada w panikę (co parę razy byłoby całkiem uzasadnione) i zawsze potrafi szybko podać to, czego akurat potrzebuje Maluszek (czyli Adam) – specjalista od anegdot opowiadanych wieczorową porą i mistrz w prawieniu komplementów miłym paniom (nawet gdy te panie  po kilku dniach rejsu – takie odrobinę wymiętolone).

       Ani stwarzanie problemów, o ile się niekiedy pojawia (a pojawia się niekiedy), ani też wpadanie w panikę (bywa, że powody się zdarzają) nie jest w zasadzie mazurską specjalnością. Wspomniany luz w jestestwie przeważa zdecydowanie. No i bardzo dobrze.

3 odpowiedzi do “Czy naprawdę zasypano północne jeziora? Mazurskie historie i różne opowieści. Coś na kształt wstępu”

  1. Jasne że pamiętam! A nawet czuję! Czuję zapach jajecznicy z grzybami które zbieralysmy z małą Łapka.Niestety nie dopchalam się do Rycha który dzielił i rządził M … Lubię Twoje wierszyki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *