Malta na urodziny. Fortyfikacje Valletty, Sliena i popołudnie w stolicy

 

      Tym razem uwinęliśmy się ze śniadaniem raz, dwa.

       Myk – na przystanek! Liczymy na to, że autobus linii 212 przyjedzie na tyle punktualnie, byśmy mogli zrealizować swój plan…

       Hura! Udało się. Dotarliśmy do Slieny i dość wcześnie zaokrętowaliśmy się wraz z innymi turystami na pokładzie statku Stella Maris.

      Wokół tłumek mówiący w różnych językach. Z daleka można łatwo rozpoznać mieszkańców Półwyspu Skandynawskiego. Na nogach klapki, lekkie spodnie 7/8 (lub do kolan) i koszule z rękawami do łokcia, na które niekiedy zarzucono  kamizelki, czy też kurteczki. Tylko na głowach – opaski, chroniące od wiatru. Panie i panowie, nasi sąsiedzi  zza Bałtyku, prezentują się podobnie. Już w Quawrze Skandynawowie byli dobrze widoczni. Nic to, że temperatura nie przekraczała chyba 15-16 stopni (co prawda świeciło słońce i bywały momenty, że robiło się ciepło na tyle, że zsuwałam wełniane ponczo i rozpinałam płaszcz…). Japończycy za to byli dość szczelnie owinięci w kurtki. Chyba nawet – puchowe…

       Strategiczne miejsca na dziobie! No jasne… Stąd roztacza się najlepszy widok.

          Rzeczywiście… Dopiero stamtąd, od strony morza, widać, jak olbrzymie są fortyfikacje Valletty. Robią tak wielkie wrażenie, że zapominamy niemal o robieniu zdjęć. Ani przez moment nie żałujemy decyzji o wycieczce statkiem… Valletta jest uważana za najlepiej ufortyfikowane miasto Renesansu, w co nietrudno uwierzyć, gdy widzi się potężne mury na własne oczy. To właśnie w XVI wieku rozpoczęto wznoszenie murów i baszt, modyfikując je przez kolejne trzy stulecia. Najstarsza to Fortyfikacja św. Elma (z 1552 roku), ostatnia – to Fort Lascaris (1856).

            Obejrzeliśmy je ze wszystkich możliwych stron. Od strony portu Marsamxett (rozpoczynają się od Bastionu św. Michała a kończą na Bastionie św. Grzegorza w Forcie św. Elma) i od strony Grand Harbour/ Wielkiego Portu (od Bastionu św. Piotra i Pawła aż po tzw. Kurtynę św. Ubaldeski Fortu św. Elma).

          Valletta została niejako dobudowana (jako zaplecze) do murów obronnych; Kamień węgielny pod budowę (z funduszy papieskich) nowego miasta został położony przez Wielkiego Mistrza Zakonu, Jeana de Valette (od jego miana pochodzi nazwa stolicy) w marcu 1566 roku, a więc kilka lat po wybudowaniu Fortu św. Elma, który odegrał wielką rolę w czasie obrony Malty przed inwazją Osmanów w 1565 roku.

       Valletta miała być, w sensie dosłownym, przedmurzem Chrześcijaństwa. Właśnie na to patrzyliśmy!

        Trudno się nam było, co prawda, dokładnie zorientować, na co patrzymy, ale podczas tej morskiej (bo w końcu byliśmy na morzu) wycieczki odczuliśmy zarówno powiew historii (też w sensie dosłownym, bo troszkę wiało…), jak i zetknięcie ze współczesnością.

       Oto przed nami pruł fale  przyjemny jachcik (Ech, Mazury, jak wy cudne…), w zacisznym zakątku cumowały jachty i motorówki. No a poza tym zobaczyliśmy port wojskowy, gdzie akurat zawinęła spora amerykańska jednostka, a także stocznię remontową. Były też oparte na potężnych nogach platformy wiertnicze. Jednym słowem i strefa wypoczynkowo-turystyczna, i malowniczy, nigdy dotąd nieoglądany z tak bliskiej odległości, industrial!

       Na nieco chwiejnych nogach zeszliśmy w końcu na stały ląd i udaliśmy się czym prędzej na kawę cappuccino. Zasiedliśmy w jakichś (dość, prawdę mówiąc, straszliwych) oldsculowych fotelach (sprężyny  gniotły mnie w kość ogonową) i wypiliśmy całkiem, na szczęście, smaczną kawę.

             Po wyjściu na ulicę rzuciła się na mnie  elegancka pani, wciągnęła mnie zręcznym ruchem do pachnącego kosmetykami wnętrza i oświadczyła, że z wielką radością zrobi mi bezpłatnie makijaż. W ramach promocji kosmetyków z jakiejś super ekologicznej linii bio… No jasne… Nie opierałam się specjalnie. Wyszłam po chwili – wygładzona, uróżowana, zaróżowiona. Z emocji.

         Tymczasem Kolega Małżonek gdzieś się zapodział. Przez chwilę rozglądałam się wokół nieco zaniepokojona, szukając go wzrokiem w tłumie przechodniów, korzystających z usług licznych tutaj sklepów różnych, na ogół znanych, marek światowych.

           Po chwili Mój Mąż, ze zwycięskim uśmiechem na twarzy, wyłonił się… z salonu jubilerskiego. No i otrzymałam (w wigilię urodzin, mogłam się więc cieszyć dzień  dłużej) prawdziwe, srebrne, maltańskie kolczyki – bardzo misterna robota. Typowy wyrób tutejszego rzemiosła. Śliczne!

          Do Valletty dotarliśmy tym razem nie autobusem, lecz promem. Mieliśmy zamiar zobaczyć tego popołudnia Konkatedrę św. Jana, najważniejszy kościół Zakonu Joanitów/Kawalerów Maltańskich, wraz z Oratorium (kaplicę Wielkich Mistrzów), gdzie znajduje się obraz Caravaggia (wstąpił do Zakonu Kawalerów Maltańskich, uciekając na Maltę, by uniknąć kary za przestępstwo dokonane w Italii).

           No ale się nie udało. Zapłaciliśmy za naszą beztroskę dość słoną cenę (tak  bywa, gdy człowiek nie planuje szczegółowo podróży, lecz się zdaje na żywioł). Konkatedra była zamknięta. Cóż…

       Zrezygnowaliśmy też (tym razem świadomie) ze zwiedzania Pałacu Prezydenckiego (pięknego renesansowego budynku, który podziwialiśmy już pierwszego wieczora w Valletcie), ograniczając się do zajrzenia na dziedziniec, gdzie królowała fontanna z Neptunem.

        Za to znaczną część popołudnia przeznaczyliśmy na Muzeum Archeologiczne, którego zbiory mogą zrobić (i zrobiły) duże wrażenie.

            Sam budynek to dawna Oberża/Zajazd/Gospoda Prowansalska wzniesiona w 1571 roku dla Zakonu Szpitalników św. Jana (tak brzmiała pierwotna nazwa Zakonu Kawalerów Maltańskich/joannitów). Ma piękną fasadę, bogatą w subtelne detale. To schyłek Renesansu i początek Baroku. Piękny czas w architekturze. Do wnętrza wchodzi się  z przyjemnością i zaciekawieniem, które nie gaśnie przez cały czas obecności w tym eleganckim miejscu (wrażenie kontaktu z elegancją odnosiłam w Valletcie często; najwidoczniej odpowiada mi styl maltańskiego architekta i inżyniera Girolamo Cassara, który w drugiej połowie XVI wieku zaprojektował kilkadziesiąt budowli na wyspie).

            Olbrzymie wrażenie robią eksponaty, ukazujące prehistorię Malty, czasy, o których przybyli tu w 1530 roku Kawalerowie Maltańscy najprawdopodobniej nie mieli pojęcia.

       Oglądaliśmy (z uwagą) niewielkie figurki z tzw. okresu Red Scorba (ok. 4500 – 4100 p.n.e!!!), które są najstarszymi wizerunkami ludzi. Cztery wykonano z gliny a jedną z miejscowego wapienia. Jedna z figurek ma dość subtelnie wystylizowane rysy kobiece i ciekawą trójkątną twarz. Figurki były używane w rozmaitych rytuałach (co, jak można sądzić, świadczy o wysokiej randze sztuki w czasach maltańskiej prehistorii). Przypatrywaliśmy się też figurkom tzw. otyłych kobiet/bogiń/kapłanek, wśród których specjalne miejsce zajmuje (wyeksponowana pieczołowicie w osobnej salce) tzw. Maltańska Wenus.

     Przeczytałam potem, że otyłe kobiety/boginie/kapłanki najprawdopodobniej symbolizowały nie tyle kobiecość, ale w ogóle istotę ludzką (bez względu na płeć) i jej płodność a zatem cechę, bez której nie byłoby możliwe istnienie życia na Ziemi. To może pokazywać, że dawne ludy widziały kwestię płodności w sposób bardziej otwarty i szerszy niż ten, z jakim często mamy do czynienia dziś, kiedy wartość kobiety (częściej niż mężczyzny) wiązana jest z fizycznością, zdolnością do posiadania potomstwa… Były też eksponaty obiektów fallicznych. Bardzo ładne.

     Na ścianach pokazano fotografie maltańskich świątyń megalitycznych, które zaliczane są do najstarszych budowli kamiennych na świecie. Siedem z nich znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Przypomniało nam to, że jedna z budowli megalitycznych znajduje się w naszej Buggibie (ale jej dotąd nie wytropiliśmy; co za wstyd!)

     Niestety zupełnie nie pamiętam, jaka wystawa mieściła się na piętrze, w tzw. Grand Salon, to jest w reprezentacyjnym pomieszczeniu Oberży Prowansalskiej… Tak bywa, gdy człowiek optymistycznie zdaje się na starzejącą się głowę…

               Nasyciwszy ducha maltańskimi starożytnościami, postanowiliśmy nasycić również ciało. Udaliśmy się w tym celu do przytulnej knajpki, położonej w bliskim sąsiedztwie Pałacu Prezydenckiego. A co!

    Obiad był smaczny, knajpka przyjemna. Była też urocza toaleta. Opisywać jej nie będę. Pod tekstem jest fotka, która powie co nieco…

       Po obiedzie –  spacer po głównej ulicy, przez którą w piątkowe popołudnie przewalają się tłumy. W pewnym momencie moją uwagę przykuwa przepiękna młoda, czarna kobieta. Jest wysoka a na nogach – wspaniałe, eleganckie szpilki. Porusza się z gracją. Oliwkowy sweter spowija fenomenalnie zgrabną sylwetkę. Jej obraz mocno wbija się w pamięć…

      Niesieni falą tłumu, docieramy do miejsca, które wygląda na Salon Valetty (jest dla stolicy Malty chyba tym, czym nasze Krakowskie Przedmieście dla Warszawy), to tzw. Upper Barrakka Gardens, czyli Wyższe Ogrody Barrakka (po polsku brzmi to dziwacznie…). Widać tu sporo ładnej, dobrze utrzymanej roślinności. To nietypowe, bo Valletta została zaprojektowana, jako miejsce obrony przed atakami muzułmańskiego wroga a nie jako miasto wypoczynku i kontemplowania uroków przyrody. Jednak w Wyższych Ogrodach można sobie (i dziś) odrobinę pokontemplować, zwłaszcza gdy się patrzy na morze i ma przed oczyma oszałamiający widok leżących po przeciwnej stronie Grand Harbour miast satelickich (oglądaliśmy je rankiem z naszej Stella Maris).

      W dodatku, jak w wielu miejscach świata, tak i tu widać polski ślad. Na ścianie arkad Wyższych Ogrodów odkrywamy kamienną tablicę w języku angielskim i polskim, poświęconą pamięci trzynastu marynarzy Polskiej Marynarki Wojennej, poległych w czerwcu 1942 roku w ostatniej fazie operacji „Harpoon”, kiedy eskortujący konwój  na Maltę niszczyciel ORP „Kujawiak” zatonął po wpłynięciu na minę morską. Jest jeszcze sentencja: May they never be forgotten. Abyśmy nigdy o nich nie zapomnieli  oraz słowa generała Maczka: Polacy bili się o wolność wielu narodów, ale umierali tylko za Polskę. Poniżej wymieniono, wraz z podaniem stopni wojskowych, nazwiska wszystkich poległych. Piękny, choć smutny, polski ślad…

      Nagle  łuuuup!!! Co to? Jest godzina 16.00 a o tej porze rozlega się przecież tradycyjny salut armatni. Rozlega się od roku 1800!

       Mimo opuszczenia Malty przez wojska brytyjskie w roku 1979, co jest  świętowane 31 marca jako Dzień Wolności, tradycja salutów armatnich  pozostała. Teraz pełni rolę atrakcji turystycznej.

      Oto żołnierz w brytyjskim mundurze kolonialnym idzie krokiem defiladowym przez mury fortu św. Piotra i Pawła (widać je z Wyższych Ogrodów), a czyni to dość długo (pewnie dla większego efektu) a potem teatralnym gestem gmera przy armatach i w końcu je odpala. Huk jest potężny!

      Pomału się wycofujemy i, idąc nieco zygzakiem, by ominąć tłumy na ulicy Republiki, głównej ulicy Valletty, docieramy do gmachu Parlamentu, który oglądamy tym razem jeszcze w świetle dziennym. Wciąż jest piękny.

      No ale to grudzień… Pomału zaczyna zapadać zmrok. W tym mroku słychać gdzieś z zaułka dźwięki wiolonczeli… Trzeba przystanąć. Trzeba się zamyślić. Trzeba posłuchać…

     Wracamy autobusem do Buggiby, gdzie znów próbujemy zlokalizować naszą miejscową świątynię megalityczną, o której czytaliśmy w przewodniku. Nic z tego. Drugie nieudane podejście… A może ją przenieśli?…

        Na szczęście Kolega Małżonek pamięta, gdzie jest angielski pub. Nazywa się 5. Krótko i matematycznie. Ja zamawiam, jak zwykle, guinessa, a mąż – miejscowego cisk-a.

     Nasz pub 5 ma w sobie coś… Jest, jakby to powiedzieć, very british… Oto para emerytów, dobrze po osiemdziesiątce, zasiada przy szerokim, lekko odrapanym stole… Pani opiera się na kulach. Kule ozdobione są złotymi łańcuchami, takimi choinkowymi… Mąż pochyla się nad nią z troską i słyszymy: Honey,  co chcesz? Jakie piwko?

      Na kanapce – inna para starszych ludzi już coś sobie popija, obok – rozścielony kocyk a na nim spory pies, chyba już  nieco (jak właściciele) znużony życiem… Przy barze siedzi, wsparta na blacie z niewymuszoną swobodą, kobieta w średnim wieku (40 – 50) w  wytwornym, wełnianym płaszczu, sączy (jak ja) guinessa

         Do domu docieramy w sam raz w porze kolacji. O produkty zadbaliśmy, na szczęście, poprzedniego dnia. Odgrzewamy w piekarniku mini quiche, popijamy winem i idziemy spać. Piekarnika nie wyłączamy. Właśnie on wygrzewa nam zimny pokój.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *