Dziennik podróży do Gruzji. Dzień trzeci

Wrzesień 2013

Skocz do galerii

3 września: Zagubieni w stepie

Dzień zaczyna się od zmiany planu. Ma to związek z prognozą pogody. Z Tbilisi zamierzaliśmy wyruszyć na Wielką Gruzińską Drogę Wojenną, ale przeczytałam w Internecie, że w Kazbegi (aktualna nazwa: Stapecminda) – czyli w miasteczku położonym u stóp Kazbeku – jest chłodno, pada deszcz i – co gorsza –  wszystko osnuwa mgła… Stwierdzamy więc, że niewiele tam zobaczymy i decydujemy, by rozpocząć zwiedzanie Gruzji od innego miejsca. Naszym celem stają się wykute w skałach monastyry David Geradża z VI wieku. Ruszamy tam, gdzie czeka na nas ładna pogoda! Czytaj dalej Dziennik podróży do Gruzji. Dzień trzeci

Dziennik podróży do Gruzji. Dzień pierwszy. Dzień drugi

Wrzesień 2013

Skocz do galerii

1 września: Gruzja przez szybkę

To początek roku szkolnego. Uff! Co za ulga. Mnie już to nie dotyczy. Jestem wreszcie wolnym człowiekiem i mogę brać urlop również wtedy, gdy trwa rok szkolny, a więc na przykład we wrześniu.

Lecimy Wizzarem do Gruzji. Ludka i Walec z nami. W samolocie przestawiamy zegarki o dwie godziny do przodu. Wszyscy jesteśmy mocno podekscytowani. Co nas czeka w tym kraju – tyleż egzotycznym i pociągającym, co dziwnym, tajemniczym a może i niebezpiecznym?  Viktor Domukchovski i jego żona Rusudan wielokrotnie opowiadali nam o Gruzji, ale uprzedzali, że z odwiedzinami lepiej chyba poczekać na lepszy czas. Poczekaliśmy. Może trochę zbyt długo. Teraz jedziemy na grób Viktora i po to, by zobaczyć jego kraj. Czytaj dalej Dziennik podróży do Gruzji. Dzień pierwszy. Dzień drugi

Strych

                Dokoła fruwają złote płatki. Siedzę na poręczy fotela. Bujam się trochę – do przodu, do tyłu, do przodu, do tyłu… Przez skośne okno w suficie (a może to ściana) patrzę w niebo. Mrużę oczy. Płatki latają, wirują, spadają. Drżą jak dźwięki na strunach gitary. Niebo za oknem błękitnieje. Oczy napełniają się łzami. To od patrzenia w jasność prześwietloną słońcem. Wykrochmalona pościel jest śnieżnobiała. Odmłodzona błękitną farbką a potem rozpostarta na sznurach chrzęści nad głową i pachnie wiatrem. Delikatnie faluje. Trzeba zbliżyć policzek do prześcieradła lub olbrzymiej, podwójnej koperty na kołdrę… Czytaj dalej Strych

Borowice

       Podobno każdy prawdziwy mężczyzna musi służyć w wojsku. Mój mąż też tam wylądował. Trafił do tak zwanej Szkoły Oficerów Rezerwy w Jeleniej Górze, gdzie mu ogolono wspaniałe Kmicicowe wąsy, wbito w mundur i zaczęto ganiać po okolicznych wzgórzach. Ja wzięłam dziecko pod pachę i, jak prawdziwa Rzymianka, zainstalowałam się nie opodal, w małej, zakopanej w górach wioseczce, gdzie miałam wcale dogodną metę. Czytaj dalej Borowice

Wiersze jak morska bryza

Jarosław Mikołajewski, Wiersze z kąpieli. Zilustrował Maciek Blaźniak. Warszawa 2014. Wyd. Literacki Egmont. Seria Wierszem napisane

Jarosław Mikołajewski – eseista, poeta, publicysta, tłumacz z języka włoskiego, dyrektor Instytutu Polskiego w Rzymie (w latach 2006 – 2012) – nie po raz pierwszy pokazuje, że znakomicie czuje się w bardzo specyficznej roli pisarza tworzącego dla dzieci. Po znakomitych, adresowanych do najmłodszych, przekładach z literatury włoskiej (na szczególną uwagę zasługują tłumaczenia twórczości Rodariego i spolszczona wersja Pinokia) i kilku książkach dla dzieci napisanych prozą, przyszła pora na tomik wierszy.

Czytaj dalej Wiersze jak morska bryza

Czy może istnieć coś, czego nie ma?

Maria Marjańska-Czernik, Nic. Ilustrowała Krystyna Lipka – Sztarbałło. Warszawa 2008. Wydawnictwo Piotra Marciszuka „Stentor” (KORA)

„Kiedy wymawiam słowo „Nic”/ stwarzam coś, co nie mieści się w żadnym niebycie”- napisała Wisława Szymborska w wierszu „Trzy słowa najdziwniejsze”, natomiast Maria Marjańska-Czernik, która poetką nie jest, ale jest pisarką, tłumaczką i znawczynią nie tylko  książki, ale i, najwyraźniej, psychiki dziecięcej, usiadła i  –  razem z ilustratorką – Krystyną Lipką-Sztarbałło stworzyła „Nic”. Taki właśnie tytuł nosi pięknie wydana, adresowana do przedszkolaków i uczniów najmłodszych klas, książka tego tandemu autorek.

Czytaj dalej Czy może istnieć coś, czego nie ma?

A PAMIĘTACIE, jak po raz pierwszy zapaliliśmy lampki na jeziorze?

      Wiele lat temu, zanim przesiedliśmy się na bardziej luksusowe jachty,  pływaliśmy maleńkimi orionami. Była to konstrukcja niemiecka. Jacht bardzo funkcjonalny, przyjazny. Czuło się bliskość wody, do której z burty można było sięgnąć ręką. No ale miał swoje wady. Korba od miecza umieszczona w kokpicie, zaraz przy zejściówce, zostawiała paskudny ślad w postaci siniaków na wszystkich żeglarskich łydkach; nie sposób się było z nią choć raz boleśnie nie zderzyć. Żeby wybrać miecz trzeba się było porządnie zaprzeć i obrócić korbą 24 razy. Stawianie i kładzenie masztu wymagało zręczności i uwagi. Krzyżak, na którym opierano leżący maszt, trzeba było na wszelki wypadek przytrzymywać, bo lubił się przewracać a wtedy, wtedy…

Czytaj dalej A PAMIĘTACIE, jak po raz pierwszy zapaliliśmy lampki na jeziorze?