Malta na urodziny. Fortyfikacje Valletty, Sliena i popołudnie w stolicy

 

      Tym razem uwinęliśmy się ze śniadaniem raz, dwa.

       Myk – na przystanek! Liczymy na to, że autobus linii 212 przyjedzie na tyle punktualnie, byśmy mogli zrealizować swój plan…

       Hura! Udało się. Dotarliśmy do Slieny i dość wcześnie zaokrętowaliśmy się wraz z innymi turystami na pokładzie statku Stella Maris. Czytaj dalej Malta na urodziny. Fortyfikacje Valletty, Sliena i popołudnie w stolicy

Malta na urodziny. Wycieczka do Mdiny i Rabatu.

Grudzień 2017

 

Chłodny poranek! Hop z wielkiego łoża!

      W domu tylko gorąca kawa na rozgrzewkę i biegniemy na śniadanie do angielskiego barku nad morzem.

    Jest komfortowa temperatura (ok. 19 – 20 stopni), świeci słońce, siadamy więc na zewnątrz, by napawać się widokiem laguny… W oddali  kołysze się na falach statek… Jest (że się tak wyrażę) nieskończenie pięknie.

Czytaj dalej Malta na urodziny. Wycieczka do Mdiny i Rabatu.

Rumunia we wrześniu: Tulcza na do widzenia, droga przez Babadag, Morze Czarne i Konstanca, czyli piąta część wyprawy rumuńskiej  

    Wrzesień 2019

 

 

       Tulcza – miasto, z którego wyruszyliśmy na wycieczkę po Dunaju, chyba nie zrobiło na nikim z nas oszałamiającego wrażenia. Naddunajskie nabrzeże, pozujące na zachodni szyk, było wyjątkowo odrapane. Sprzedawano tam na niewielkich kramikach rozmaite pamiątki, stanowiące atrakcję dla dość licznie snujących się tutaj turystów (kupiłam dwa bardzo ładne ludowe kubeczki ceramiczne; będziemy ich używać w naszym podlaskim domku). Kilka razy przemierzyliśmy ten obskurny, ale ludny bulwar, oglądając rozmaitej wielkości jednostki pływające… Przeszliśmy się też po przyjemnym, dość szerokim prospekcie z ładnie podświetlanymi wieczorem fontannami, wśród których rozstawiono stanowiska dla szachistów. Panowie (podobnie jak to obserwowaliśmy we Lwowie, czy też u nas w…Powsinie) siedzieli sobie na ławeczkach, przy kamiennych stolikach i, wśród kiwania głów i cichych komentarzy otaczającej ich publiczności, grali w szachy. Sami mężczyźni. Byłam jedyną kobietą, jaka przystanęła tam przez chwilę.

Czytaj dalej Rumunia we wrześniu: Tulcza na do widzenia, droga przez Babadag, Morze Czarne i Konstanca, czyli piąta część wyprawy rumuńskiej  

Wycieczka w Deltę Dunaju

              Tulcza… Ostatnie miasto na szlaku Dunaju, który właśnie tutaj kończy swą europejską podróż. Po 2888 kilometrach wędrówki rozdziela się na trzy ramiona – Kilię, Sulinę i Sfântu Gheorghe (Święty Jerzy) i wpada w objęcia Morza Czarnego. Ta potężna rzeka zostawia za sobą Budapeszt, Wiedeń, Bratysławę, Belgrad, Ratyzbonę, Ulm, Linz, Nowy Sad, Ingolstadt, Ruse, Estergom, Gyor, Vukowar i parę innych miast. Płynie od Gór Schwarzwaldu, by na końcu swojej drogi dotrzeć do Tulczy i rozpłynąć się w olbrzymią deltę, zwaną czasem Amazonią Europy. Czytaj dalej Wycieczka w Deltę Dunaju

Rumunia we wrześniu – część trzecia. Sighişoara. Przejazd przez  transylwańskie wsie i Karpaty Wschodnie. Nocleg w górach. Dojazd do Tulczy (ujście Dunaju) – jesteśmy u celu.

 

     Zamierzaliśmy wyruszyć w drogę możliwie wcześnie, czyli zaraz po szybkim prysznicu w niedomykającej się łazience i po śniadaniu. Gospodarz miał nam  przynieść zamówione poprzedniego wieczora wino, ale, niestety, pokręcił się i gdzieś przepadł. Nie mogliśmy przedłużać oczekiwania. Perspektywa długiej trasy nie pozwalała na takie fanaberie.

      Ruszyliśmy w stronę Tulczy nad Dunajem, gdzie poprzedniego wieczora dotarli już nasi współtowarzysze. Zarezerwowali nam nocleg w hotelu, zapewniając, że tym razem na pewno nie będzie kłopotów z trafieniem…

       Bardzo nastawałam na to, by zrobić przerwę w podróży w Sighişoarze, mieście, które utkwiło nam w pamięci z poprzedniego rumuńskiego wyjazdu. Czytaj dalej Rumunia we wrześniu – część trzecia. Sighişoara. Przejazd przez  transylwańskie wsie i Karpaty Wschodnie. Nocleg w górach. Dojazd do Tulczy (ujście Dunaju) – jesteśmy u celu.

Rumunia we wrześniu. Turda. Nocleg w winnicy. Salina. Spacer po mieście. Wąwóz Turda.

 

 

Wrzesień 2019

    Do Turdy dotarliśmy po południu. Jadąc autostradą, obserwowaliśmy z oddali imponujący ogromem Wąwóz Turda, który miał się stać naszym celem następnego dnia. Byliśmy pełni nadziei i ciekawości…

    Jednakże, po przyjeździe do miasta, okazało się, że nic nie jest proste… Zwłaszcza dotarcie do zarezerwowanego wcześniej noclegu… Czytaj dalej Rumunia we wrześniu. Turda. Nocleg w winnicy. Salina. Spacer po mieście. Wąwóz Turda.

Ostatni dzień w Samarkandzie, czyli wyprawy do Uzbekistanu część czternasta

 

 

         Samarkandę trzeba oglądać cierpliwie. No i warto mieć wygodne buty, bo ciekawe historycznie miejsca są rozrzucone na sporej przestrzeni. Przydałoby się więcej czasu. My mieliśmy go za mało. Tak to już bywa, gdy człowiek jest ograniczony tzw. urlopem… Były więc różne wyjścia – albo zrezygnować z rekomendowanych miejsc, albo się nachodzić ponad miarę. My wypracowaliśmy sobie wariant pośredni. Trochę zrezygnowaliśmy, sporo się nachodziliśmy, raz podjechaliśmy stopem (z… policjantem), raz  taksówką, a raz taxi bez licencji… Nie wiem, czy to był uber. Czytaj dalej Ostatni dzień w Samarkandzie, czyli wyprawy do Uzbekistanu część czternasta

Samarkanda – miasto z tajemnicą, czyli wyprawy do Uzbekistanu część trzynasta

 

Październik 2018

        Poranek powitał nas słońcem. Śniadanie (trochę wędliny, ciekawy w smaku ser i owoce) zjedliśmy w niewielkiej jadalni hostelowej w towarzystwie dwóch eleganckich biznesmenów z Chin, z którymi wymieniliśmy poranne uprzejmości.  Ich obecność specjalnie nas nie zdziwiła. Chiny są przecież blisko. O rzut beretem. Towary made in China, które tutaj też są obecne, wyglądają jednak zupełnie inaczej niż u nas. Jakieś porządniejsze, lepszego gatunku. Może to bliskość Chin sprawia, że tutaj docierają produkty lepszej jakości?…

        Było dość ciepło (27, może 28 stopni…), więc – przyodziani wreszcie w lekkie szatki – ruszyliśmy do pobliskiego historycznego kompleksu Registan. Po dziesięciu – mniej więcej – minutach zabłysła przed nami (nie wiadomo skąd, bo deszcz nie padał) dziwna kałuża. Właściwie – plama wody na chodniku. Była kusząco lśniąca, rozległa, ale płytka.

Czytaj dalej Samarkanda – miasto z tajemnicą, czyli wyprawy do Uzbekistanu część trzynasta

Droga do Samarkandy – podróż przez pustynię i góry, czyli wyprawy do Uzbekistanu część dwunasta

Październik 2018

           Przed nami kolejny dzień… Serdecznie pożegnaliśmy się z młodymi, przejętymi swą rolą gospodarzami. Ich hotel o dźwięcznej nazwie Balfira (jak się okazało, nazwa była jednocześnie imieniem najmłodszej córeczki) pozostanie w pamięci jako symbol uzbeckiej, hotelarskiej malowniczości…

        Po śniadaniu ruszyliśmy do dwóch aut, mających nas powieźć do Samarkandy. Tereny pustynne. Droga, nie ma co kryć, monotonna… Ale i podczas monotonnej drogi zdarzają się niespodzianki! Parę razy stawaliśmy dla rozprostowania nóg, no i raz, w czasie krótkiego postoju,  zaskoczył nas (i zachwycił) niezwykle malowniczy obrazek… Czytaj dalej Droga do Samarkandy – podróż przez pustynię i góry, czyli wyprawy do Uzbekistanu część dwunasta

Pożegnanie z Bucharą, czyli wyprawy do Uzbekistanu część jedenasta

 

 

            Ostatni dzień w Bucharze spędzaliśmy, chodząc po mieście w tzw. podgrupach (na tym, między innymi, polega przewaga wyjazdów indywidualnych…). Można było zwiedzać, spacerować lub, jeśliby ktoś sobie tego życzył, nieco dłużej… poleżeć (z tego, co wiem, poleżenia nikt nie wybrał, choć każdy wybrał to, co chciał).

        Od czasu do czasu, co prawda, trafialiśmy na siebie gdzieś na szlaku, ale mogliśmy robić to, na co mieliśmy największą ochotę. Dreptaczy luzik w jestestwie…

          My, na przykład, zdecydowaliśmy się na spacer poza ścisłym centrum historycznym. Okazało się to ciekawsze niż można się było spodziewać. Trafiliśmy bowiem na bardzo cenną, starą i piękną budowlę, której rewitalizacja miała się dopiero rozpocząć.

Czytaj dalej Pożegnanie z Bucharą, czyli wyprawy do Uzbekistanu część jedenasta