Moje buty wędrują
gdzie nogi poniosą Czytaj dalej „Sen”

Podróże 55+, codzienność – dawniej i dziś, sprawy i szczegóły
Ileż można
o niebie odbitym
w kałuży
o brzozie jesiennej
ogołoconej z liści Czytaj dalej „Ileż można…”

Joanna Rudniańska, Obudziła się zimną nocą. Z fotografiami autorki. Warszawa 2025. Wyd. Nisza.
Książki Joanny Rudniańskiej, laureatki Nagrody m. st. Warszawy za całokształt twórczości (2020), niezależnie od tego, do kogo są adresowane – do dzieci, czy do dorosłych – mają jedną wspólną cechę: wyprowadzają czytelnika ze strefy komfortu.
Nie inaczej jest i w przypadku najnowszego tytułu tej autorki Obudziła się zimną nocą opatrzonej dedykacją: Wolontariuszkom i wolontariuszom ratującym ludzkie życie w Puszczy Białowieskiej na polsko-białoruskiej granicy. Czytaj dalej „Wychodzenie ze strefy komfortu”
Irma Beridze*
Testament
Gdy mój brat silny jak korzeń
niby pień winorośli
z mocą
wypuści nowy pęd Czytaj dalej „Testament”

Joanna Olejarczyk, Czarodziejskie pianino Fisia. Ilustracje, Marianna Oklejak. Wydawnictwo „Bajka” (Warszawa 2025).
Z książkami adresowanymi do dzieci tak już jest, że liczy się w nich wiele: opowieść i obraz, opracowanie graficzne i jakość wydania oraz wszystkie szczegóły, które mogą spowodować, że książkę miło i warto wziąć do ręki i że ta ręka (mała…) szybko książki nie odłoży, lecz sprawi, że jej właściciel (też mały…) będzie chciał się w niej zagłębić: obejrzeć, poczytać, a może i pomyśleć… Być może, poczuje, że książka ma w sobie coś intrygującego. Będzie o niej mówić i do niej wracać. Może wzbudzi w nim jakieś tęsknoty, wyzwoli marzenia… Czytaj dalej „O obrazach uskrzydlających opowieść”
Ręce opadają
jak kurtyna w teatrze
jak desant spadochroniarzy
na pustą plażę Czytaj dalej „Ręce opadają”
Być w podróży
Umykające krajobrazy
otwierają drzwi do marzeń
piękne budowle z łukiem uśmiechu
renesansowej piękności
dostarczają leczniczej dawki cienia Czytaj dalej „Być w podróży…”
Konstanty Ildefons Gałczyński, Kronika olsztyńska i inne zielone wiersze. Ilustracje Ela Wasiuczyńska. Lidzbark Warmiński 2025. (Książka powstała z inicjatywy Stowarzyszenia Kobiet „Miej Marzenia” oraz Oranżerii Kultury – Miejskiej Biblioteki Pedagogicznej w Lidzbarku Warmińskim)
Zdarzają się na świecie takie miejsca (nie ma ich wcale zbyt wiele), gdzie wraca się z lekko bijącym sercem. Pamięta się stamtąd jakieś dźwięki, wzruszenia bliskich, współobecnych osób, jakieś opowieści, promienie słońca, które ułożyły się w specjalny sposób… Do takich „moich” miejsc należy Leśniczówka Pranie, położona nad cichym (nie tylko dlatego, że formalnie objętym strefą ciszy…) Jeziorem Nidzkim, na Mazurach. Czytaj dalej „Wiersze i obrazy z Leśniczówki Pranie”
Nieuchronnie zbliżamy się do końca naszej przygody… Opuszczamy Bakhang po śniadaniu (jest i tsampa!), przy którym wspominamy z Ryśkiem udaną kolację, zjedzoną wieczorem w rodzinnej knajpce, blisko bulwarów. Tym razem trafiliśmy bardzo dobrze, bo nie trzeba było nic mówić – wystarczyło pokazać palcem wystawione w pojemnikach produkty, z których kuchnia przyrządziła nam pyszny posiłek: rosołek, gdzie pływały wskazane przez nas składniki. Wyszły dania – palce lizać, bo podstawa, czyli rosołek (mój – łagodny, Ryśka – ostry), była smakowita. Po kolacji wstąpiliśmy jeszcze do romantycznie oświetlonej, ogrodowej kawiarenki, blisko naszego hotelu. Nad barem wisiały kieliszki do wina. Zachęcona tym widokiem poprosiłam white wine, wskazując palcem na kieliszek. Rysiek poprosił one bier, wskazując na gablotkę, gdzie stało piwo. Po chwili uśmiechnięta chińska (bladolica) kelnereczka przyniosła Ryśkowi piwo – w szklaneczce, a mnie… piwo – w kieliszku… Gdy zaczęłam jej tłumaczyć, że to nie jest wine, zrobiła bezradną minę, zniknęła na zapleczu i wróciła – z wodą w kieliszku… Sytuacja stała się niezręczna. Nikt z obsługi nie władał żadnym językiem obcym. Ja machnęłam ręką i postanowiłam wypić wodę, ale tu – kłopot. Zbiegła się dość liczna obsługa, chcąca koniecznie spełnić niezrozumiałe życzenie starszej pani z Europy. Wreszcie ktoś postanowił zadzwonić do menadżera, władającego ponoć angielskim. Rysiek telefonicznie wyłożył mu, w czym rzecz. Wydawało się, że dostanę w końcu swoją lampkę białego wina, na którą tymczasem straciłam ochotę… Obsługa się zakotłowała, by po jakimś czasie uraczyć mnie białym płynem (w kieliszku do wina, a jakże!), który miał bardzo silny aromat wysokich (bardzo wysokich!) procentów. Dostałam białą wódkę. Odmówiłam, błagając (z wykorzystaniem mowy ciała), by znów podano mi wodę… Te perturbacje nie przeszkodziły kelnerkom poprosić nas (na migi) o wspólną fotkę… Byłam trochę wkurzona, ale – no – niech tam! Niech mają! Przecież nie będziemy sobie psuć ostatniego wieczoru na płaskowyżu… Czytaj dalej „Droga do Chengdu i ostatnie chwile wyprawy w stolicy Syczuanu”
Rankiem, podczas tradycyjnego omówienia planu dnia, Naszgie z tajemniczą miną zapytał, czy mielibyśmy ochotę odwiedzić typowy tybetański dom prywatny… W pobliżu Luhuo (Drango), miasta, które za chwilę mamy opuścić, mieszkają rodzice jego przyjaciela X, który akurat teraz jest u nich z wizytą wraz z żoną i dziećmi. Wyraziliśmy, rzecz jasna, entuzjastyczną zgodę. A to dopiero! Czytaj dalej „Wizyta w typowym tybetańskim domu, klasztor ze schodami do nieba i miasto w słynnej prefekturze”