Rumunia we wrześniu – część trzecia. Sighişoara. Przejazd przez  transylwańskie wsie i Karpaty Wschodnie. Nocleg w górach. Dojazd do Tulczy (ujście Dunaju) – jesteśmy u celu.

 

     Zamierzaliśmy wyruszyć w drogę możliwie wcześnie, czyli zaraz po szybkim prysznicu w niedomykającej się łazience i po śniadaniu. Gospodarz miał nam  przynieść zamówione poprzedniego wieczora wino, ale, niestety, pokręcił się i gdzieś przepadł. Nie mogliśmy przedłużać oczekiwania. Perspektywa długiej trasy nie pozwalała na takie fanaberie.

      Ruszyliśmy w stronę Tulczy nad Dunajem, gdzie poprzedniego wieczora dotarli już nasi współtowarzysze. Zarezerwowali nam nocleg w hotelu, zapewniając, że tym razem na pewno nie będzie kłopotów z trafieniem…

       Bardzo nastawałam na to, by zrobić przerwę w podróży w Sighişoarze, mieście, które utkwiło nam w pamięci z poprzedniego rumuńskiego wyjazdu. Nasza Najmłodsza Pociecha była wtedy zachwycona, my zresztą również. Sighişoara, mimo, że zdawano sobie sprawę z jej niezwykłej wartości (to ponoć najlepiej, jako całość, zachowany duży kompleks miejski z okresu średniowiecza) była wówczas niemożliwie odrapana. W rynku dopiero zaczynano rewitalizować kamieniczki. Jedna z nich miała wściekle różowy kolor (zgodnie z oryginalną koncepcją zresztą, bo takich barw chętnie używano w przeszłości, dzisiejsze pastelozy to betka). Pozostałe były częściowo osłonięte rusztowaniami, tynk niemal sypał się przechodniom na głowę, a w boczne uliczki  strach było się wówczas zapuścić. Mimo tych mankamentów już wtedy widać było, że to miasto z ogromnym potencjałem – zarówno historia, jak i malownicze położenie (historyczna część leży na sporym wzniesieniu, sięgającym powyżej 400 metrów) sprawiają, że to miejsce niezwykłe. Z Dolnego Miasta trzeba się wspiąć na obszar Miasta Górnego, do którego wchodzi się przez wspaniałe (zachowane) baszty obronne (budowane, jak to było w średniowiecznym zwyczaju, przez cechy rzemieślników), można też wejść przez potężną Wieżę Zegarową, obiekt widoczny na wszystkich widokówkach, prawdziwą wizytówkę tego miasta.

        To tutaj w bitwie o wolność Węgier zginął  w czasie Wiosny Ludów wybitny poeta Sandor Petófi. Artylerią dowodził gen. Józef Bem…

        To tutaj (jak wieść niesie) urodził się krwiożerczy Drakula, który zawładnął masową wyobraźnią. Historycznie rzecz biorąc był to – hospodar wołoski – Vlad Palownik, który zasłynął ze stosowania drakońskich kar i drastycznych sposobów rozwiązywania problemów. Ponoć, chcąc rozwiązać problem żebractwa, zaprosił żebraków na ucztę, nakarmił ich i napoił a potem zadał pytanie, czy są zadowoleni ze swego żebraczego życia. Gdy usłyszał, że nie, skądże, nie są, jakże tu być zadowolonym z tak ciężkiego losu, zawiadomił zebranych, że wobec tego im to życie i ten ciężki los skróci. Co też uczynił. Żebraków kazał uśmiercić. Problem żebractwa zniknął…

       Popatrzyliśmy na sięgający swoimi początkami XIII wieku kościół dominikanów (Biserica monastirii dominicane), potem – oczywiście – przebudowywany i służący różnym wyznaniom. Dawniej stanowił on część kompleksu klasztornego. Na miejscu dawnego klasztoru stanął w końcu XIX wieku ratusz a dzisiejszy kościół to jedyna pozostałość kompleksu klasztornego. To dziś gotycka hala (bez wież) nakryta dwuspadowym dachem (odbywają się tu koncerty organowe). Z poprzedniego pobytu pamiętałam wspaniałe kobierce, zdobiące ściany kościoła (podobnie ozdobiono też wnętrze kościołów w Sibiu; dywany zostawiali kupcy powracający z podróży handlowych w podziękowaniu za szczęśliwy powrót do domu). Popatrzyliśmy na podniebną (64 m!) Wieżę Zegarową (niestety było za wcześnie i – tym razem – nie doczekaliśmy się przemarszu figur). Minęliśmy siedemnastowieczne Schody Szkolne, którymi niegdyś dreptali uczniowie, a zapewne i nauczyciele, do szkoły znajdującej się obok gotyckiego Kościoła na Wzgórzu (Bergkirche).

       Zajrzeliśmy (trochę przez przypadek) na mały placyk Hermanna Obertha (fizyka, inżyniera i wizjonera eksploracji kosmosu; jego imię nosi krater na Księżycu), który młodość spędził w Sighişoarze. To właśnie tutaj czytał dzieła Verne`a… To tutaj rodziły się w nim pierwsze myśli o kosmicznych podbojach człowieka, które już w latach dwudziestych XX wieku uznał za możliwe…

     Pospacerowaliśmy po zaułkach. Ich stan był  zadowalający, choć pewnie jeszcze bardzo wiele należy poprawić. Sighişoara skorzystała z pieniędzy unijnych i programów ratowania zabytków. To się rzucało w oczy. Miasto pięknieje. Miejmy nadzieję, że będzie pięknieć nadal. Bardzo chciałabym tam wrócić za parę lat na dłużej… Teraz na zwiedzanie nie mieliśmy czasu. Musieliśmy zadowolić się spacerem (świeciło słońce, więc było przyjemnie) i wspomnieniami. Mieliśmy czas jedynie na zjedzenie małego co nieco i łyk białego wina. Jednak Walec, który tu nigdy wcześniej nie był, dziękował, że mógł tu zajrzeć choć na chwilę… To była piękna chwila.

      Z żalem opuszczaliśmy Sighişoarę… Jednak mieliśmy przed sobą jeszcze długą drogę. Ruszyliśmy więc przed siebie przez drogi Transylwanii (zwanej też Siedmiogrodem).

        Wsie transylwańskie mają swój niepowtarzalny charakter. Budynki stoją wzdłuż drogi, obrócone do niej szczytami, a pomiędzy zabudowaniami znajdują się wysokie, mniej lub bardziej misternie przyozdobione bramy, na ogół bardzo wysokie. Bramy chroniły prywatność saskich mieszkańców. Życie rodzinne i sąsiedzkie toczyło się na tyłach domostw, zamknięte w sobie, jakby odwrócone tyłem do zewnętrznego świata. Przez wsie transylwańskie jedzie się jak przez tajemniczy tunel…

             Ciekawostką (opisywaną we wszystkich przewodnikach) są też tzw. chłopskie zamki, budowle wznoszone przez transylwańskich Sasów od XIII do XVI wieku (podobne zamki budowano też w Westfalii, ale tam nie zachowało się ich tyle, co na terenie Rumunii). Stoją na wzniesieniach, są masywne, trochę bezkształtne. Często z daleka widać stołpy (wieże obronne). Przypominają jakąś formę organiczną… Ludność chroniła się w nich (często na długo) podczas zagrożenia przed najazdami tatarskimi i tureckimi. Ciekawe wydało mi się to, że często we wnętrzach chłopskich zamków przewidywano miejsce na… szkołę. Jak widać uważano, że na naukę zawsze jest dobry czas…

         Teraz mijaliśmy masywny zamek w Rupei. To olbrzymia twierdza (co widać nawet z szosy), wznosząca się na granitowej skale (ponoć jedynej w okolicy). Budowano ją stopniowo (od XIV do XVII wieku) i widać, jak obrastała kolejnymi murami i fortyfikacjami. Poprzednio zwiedzaliśmy i twierdzę w Rupei, i chłopski zamek w Raşnovie. Teraz mogliśmy tylko popatrzeć z daleka, ale i tak był to widok imponujący.

       Zatrzymaliśmy się w pewnym momencie w niewielkim miasteczku (zapomniałam nazwy), żeby rozprostować nogi i napić się kawy. No i miła (i niezwykła!) sytuacja. Pijemy kawkę. Rysiek wdaje się w rozmowę (gesty i uśmiechy) z jakimś miejscowym bywalcem kawiarenki. Po chwili tamten biegnie do sklepiku, kupuje czekoladę i obdarowuje nią Ryśka, który przecież przybył z tak daleka, z Polski… Ma nią poczęstować wszystkich, więc załapujemy się z Walcem na rumuńską gorzką czekoladę (nie tak może dobrą, jak nasza wedlowska, ale w tym wypadku rumuńska gorycz miała jednak dla nas smak słodyczy…).

       Wjeżdżamy na tereny górskie. Drogi, coraz bardziej kręte, wspinają się na przełęcze, by potem opaść ku dolinom. Jedziemy przez Karpaty Wschodnie, ściślej przez Góry Siriu. Widoki są cudne, jedziemy przez kompletnie dziką okolicę, a nasze auto z panoramiczną szybą i wysokim zawieszeniem sprawia, że jedzie się komfortowo i w dodatku człowiek czuje się jakby siedział w kinie i oglądał niezwykły film, będąc jednocześnie uczestnikiem akcji.

            Jednak robi się coraz później. Już wiemy, że nie zdołamy dziś dotrzeć na nocleg do Tulczy. Nie chcemy też przeć na przód na siłę i za wszelką cenę (tutaj ceną byłoby niepotrzebne przemęczenie kierowców). Postanawiamy spędzić malowniczą noc w przyrodzie. Pozostaje wybór miejsca. No i trafiamy na wspaniałe miejsce. To punkt widokowy z  widokiem zapierającym dech w piersiach. Było dla nas ważne, że po drugiej stronie szosy znajdowało się źródełko (cieszące się dobrą sławą, bo stawały przy nim samochody, by zaopatrzyć się w wodę), więc mogliśmy nabrać smacznej wody na herbatę i do picia. Ja cieszyłam się również (po cichu), że przy drodze, z racji obecności kilku kramików z pamiątkami i niewielkiego barku ze sklepikiem, jest też dostępne całkiem przyzwoite WC, gdzie za symboliczną opłatą można nie tylko skorzystać z cywilizowanej toalety, ale i umyć się trochę w ciepłej wodzie (w umywalce). Jednym słowem luksus!

     Ustawiliśmy auto w najpiękniejszym widokowo miejscu, starając się nie zwracać uwagi na śmieci (posprzątaliśmy, ile się dało, ale wszystkiego się nie dało). Udaliśmy się też na spacer nad leżące nieopodal (kilkadziesiąt metrów niżej) sztuczne (lecz mimo to przepiękne) jezioro (lacul) Siriu (leży w dolinie rzeki Buzău, dosłownie w samym sercu gór; jest całkiem spore – 500 ha). Rozważaliśmy nawet, czy by nie stanąć nad samą wodą, by odsunąć się dalej od szosy. W końcu jednak obaj panowie-kierowcy doszli do wniosku, że to nazbyt ryzykowne. Mógłby pojawić się problem z wyjazdem (stromizna i kamienie). Zostaliśmy na miejscu i zasiedliśmy na schodkach busa, wyjadając resztki domowego chleba upieczonego przez Ludkę (która miała być tu z nami…) i inne smakołyki. U stóp mieliśmy jezioro (pływała po nim jakaś niewielka łódź, zawijając w kolejne zatoczki), przed oczyma – góry, nad głowami – księżyc, który, jak to księżyc, świecił coraz jaśniej w miarę zapadania ciemności…

         W pewnym momencie do naszych uszu dobiegł dziwny, przeciągły dźwięk. Tak! To były wilki. Nawoływały się po przeciwnej stronie wody. Poddaliśmy się urokowi wieczoru…

        Noc minęła spokojnie, choć była może nieco zbyt rześka…. Miałam ciepły śpiwór, okręciłam się też w długą dresową bluzę-płaszczyk z kapturem. Wszystko się przydało. W nocy przydrożne WC było zamknięte, więc bladym świtem trzeba było jednak udać się w krzaczki. Hej, przygodo!…

         Rano, po gorącej kawie, szybkim śniadaniu  i jeszcze szybszej toalecie w przydrożnym WC, ruszyliśmy dalej. Po kilku kilometrach, jadąc cały czas wzdłuż jeziora Siriu (które jest rozciągnięte na długości 10 km), minęliśmy tamę. Znów wspaniały widok! Tamę zbudowano w roku 1985 z ziemi i betonu. Taki materiał jest trochę pylący (zauważyliśmy to poprzedniego dnia nad brzegiem naszego jeziora, rozważając możliwość zatrzymania się bliżej wody). Tama spiętrza 155 mln metrów sześciennych wody (jest więc mniejsza od naszej Soliny, spiętrzającej 472 mln metrów sześciennych i wręcz maciupeńka w porównaniu z hydroelektrownią czarwacką, którą widzieliśmy w ubiegłym roku w Uzbekistanie).

      Przejechaliśmy bez przystanków przez największe miasto regionu Buzău. Potem jeszcze przez Brailę, gdzie (szczerze mówiąc dość nieoczekiwanie…) natrafiliśmy na przeprawę promową. Bardzo lubimy promy, więc była to dodatkowa atrakcja. Załadunek i rozładunek szedł sprawnie. Razem z nami znalazły się na promie nie tylko auta osobowe, ale pojazdy przewożące dość malowniczy, w dodatku beczący towar….barany.

  W końcu dotarliśmy do pierwszego głównego rumuńskiego celu – byliśmy w Tulczy, to tutaj Dunaj zaczyna rozpływać się w deltę.

To właśnie o Delcie Dunaju myśleliśmy od paru lat. I oto jesteśmy!

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.