Z książką przez lata

Fot. Anna Babula

Z Ewą Grudą rozmawia Hanna Diduszko (wywiad dla „Poradnika Bibliotekarza”)

–  Ewo, od wielu lat zajmujesz się książką dziecięcą. Byłaś redaktorką w Młodzieżowej Agencji Wydawniczej, instruktorką i recenzentką nowości w Bibliotece Publicznej m.st. Warszawy, wreszcie przez dwadzieścia długich lat kierowałaś działem specjalnym „Koszykowej”, jakim jest Muzeum Książki Dziecięcej – unikatowe w Polsce i jedno z nie tak znowu licznych na świecie. Jesteś rozpoznawalna i – jak wiem – szanowana i ceniona zarówno w środowisku twórców (pisarzy, ilustratorów, grafików), jak i innych ludzi związanych z książką adresowaną do młodego odbiorcy (krytyków literackich, bibliotekarzy, nauczycieli). Piszesz o książkach dla dzieci, jesteś redaktorką, organizujesz rozmaite wystawy, znakomicie znasz się też na ilustracjach i „architekturze” książki dziecięcej, tak ważnych w tej szczególnej dziedzinie. Z czego jesteś najbardziej dumna? Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?

 Nigdy nie myślałam o swojej działalności w tych kategoriach… Prawdę mówiąc, zawsze podchodziłam do pracy zadaniowo. W momencie, kiedy przejmowałam kierownictwo Muzeum Książki Dziecięcej, wiedziałam, że chcę zbudować placówkę o określonym kształcie i cały czas konsekwentnie ten zamiar realizowałam. Chciałam stworzyć forum spotkań dla ludzi, którzy zajmują się literaturą dziecięcą. Chciałam, żebyśmy w Muzeum zajmowali się promocją dobrej książki. Chciałam organizować wystawy i pisać recenzje, ponieważ jedno i drugie bardzo lubię. A w tym czasie, trzeba dodać, zaistniała potrzeba rozbudowanych działań promocyjnych.

 Był to, przypomnijmy, schyłek lat dziewięćdziesiątych. Książki, które się wtedy ukazywały, nie były piękne jako przedmioty…

–  W latach dziewięćdziesiątych książki zaczęły wprawdzie przyciągać wzrok kolorowymi okładkami, poprawiła się też techniczna jakość wydań, ale niepokoiło coś innego – nieartystyczne ilustracje, nazywane „postdisnejowskimi”, nieliterackie teksty – schematyczne, uproszczone, źle tłumaczone, czasami sprowadzone jedynie do podpisu pod krzykliwą ilustracją. Zachłysnęliśmy się tym całym kiczem, bo lata osiemdziesiąte zmęczyły wielu odbiorców szarością papieru, niestarannością wydań, po prostu: biedą edytorską. Ale teksty, ilustracje, wtedy jeszcze, w tej biedzie, trzymały poziom. A w latach dziewięćdziesiątych księgarskie witryny i lady zapełniły się brzydotą. Trzeba było głośno o tym krzyczeć i pokazywać książkę piękną, artystyczną, mądrą. Bo takie też się pojawiały. I potrzebowały promocji.

Tym bardziej, że wraz z rozwojem i dostępnością Internetu zaczęły się pojawiać głosy o schyłku epoki Gutenberga…

Jednym słowem, potrzeba promocji pięknej, dobrej książki dziecięcej stała się potrzebą priorytetową. Owszem – biblioteki zawsze miały na tym polu duże zasługi. Chodziło jednak o to, by zaistniała jakaś instytucja, w miarę centralna, i dawała przykład. Poza tym pamięć Haliny Skrobiszewskiej, która była przez kilka lat kierowniczką MKD i zapisała się złotymi zgłoskami w budowaniu jego prestiżu, była dla mnie inspiracją do działania. W swoich latach studenckich (a kończyłam polonistykę na UW, pisałam pracę magisterską o teatrze lalkowym) uczestniczyłam w seminariach i konferencjach współorganizowanych przez MKD, które za czasów Haliny Skrobiszewskiej wydawało mi się czymś ważnym i wielkim. Chciałam więc, by kierowana przeze mnie placówka znowu zyskała wysoką markę. Mam nadzieję, że udało mi się to osiągnąć.

Chodzi Ci o to, że Muzeum nie tylko jest działem Biblioteki na Koszykowej zajmującym się gromadzeniem i udostępnianiem eksponatów w postaci książek, ale też stało się swoistym centrum, które prowadzi samodzielne działania na rzecz promocji książki? Organizowałaś wystawy, konferencje, spotkania z pisarzami i ilustratorami, wreszcie konkurs (który sama wymyśliłaś) imienia właśnie Haliny Skrobiszewskiej. To, co robiłaś, wykraczało znacznie poza ramy Działu MKD, funkcjonującego w obrębie pewnej struktury instytucjonalnej. „Twoje” Muzeum stało się czymś znacznie większym, ważniejszym… Czy właśnie z tego jesteś dumna?

Hm… Mogę chyba powiedzieć, że jestem z tego dumna… Muzeum jest częścią Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy i z założenia miało prawo być tylko miejscem gromadzenia i udostępniania książek. Mogłoby funkcjonować w ten sposób, gdyby istniała inna instytucja, inna placówka, która zajmowałaby się wszystkim pozostałym, to jest właśnie promocją książki dziecięcej. Ponieważ takiego miejsca centralnego wtedy nie było, to postawiłam przed sobą zadanie, by w MKD te funkcje połączyć. To była, jak mówię, potrzeba przełomu wieków. Muszę jednak dodać, że nie był to wyłącznie mój pomysł, lecz po prostu taka jest tradycja podobnych centrów literatury dziecięcej, instytutów, muzeów książki dziecięcej, które istnieją w świecie. Tak się dzieje na przykład w monachijskiej Internationale Jugendbibliothek, z którą zresztą zaraz na początku mojego szefowania nawiązałam kontakt. Pierwsze moje wystawy były wypożyczane właśnie stamtąd. To ta placówka była dla mnie ważnym wzorem, podobnie zresztą jak Międzynarodowy Dom Sztuki dla Dzieci BIBIANA w Bratysławie. Wiedziałam, że tego typu instytucje zajmują się nie tylko gromadzeniem i udostępnianiem zbiorów, ale również bardzo szeroko rozumianą promocją książki dla dzieci, a ponadto – działają wśród dzieci. Ku takim miejscom kierowałam swój wzrok. Odczuwałam też zawsze radość z tego powodu, że MKD, istniejące od roku 1938, a nawet trochę wcześniej, jest o dziesięć lat starsze od Jugendbibliothek, co zobowiązuje do utrzymywania pewnego poziomu działań… Zawsze to powtarzałam studentom podczas zajęć w Muzeum.

 W ciągu tych wszystkich lat pracy stałaś się osobą-instytucją. Przez dwadzieścia lat kierowałaś Muzeum Książki Dziecięcej, obecnie masz samodzielne stanowisko, również w Bibliotece Publicznej m. st. Warszawy, i zajmujesz się promocją książki dziecięcej. Pełniłaś od lat i pełnisz nadal funkcję jurorki w konkursach literatury dziecięcej („Książka Roku” Polskiej Sekcji IBBY, „Przecinek i Kropka” Empiku, „Dobre Strony” – konkursie miasta Wrocławia). Jesteś członkiem Polskiej Sekcji IBBY, która uhonorowała Cię w 2012 roku Nagrodą za upowszechnianie czytelnictwa i promocję książki dziecięcej. Jesteś też członkiem Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek, które także nagrodziło Cię w 2017 roku swoją Honorową Odznaką, a podczas XIII Poznańskich Spotkań Targowych Książka dla Dzieci i Młodzieży, współorganizowanych przez PTWK, otrzymałaś statuetkę Pegazika w kategorii Przyjaciel Książki dla Dziecka.

  Bardzo wysoko sobie cenię współpracę zarówno z Polską Sekcją IBBY, jak i z Polskim Towarzystwem Wydawców Książek. Oba stowarzyszenia zajmują się dziedzinami, które w moim życiu zawodowym są dla mnie najważniejsze – książką i edytorstwem. Literaturą dla młodego czytelnika zajmuję się od czasów studenckich. Uczyli mnie jej wybitni badacze: Joanna Papuzińska, Izabela Kaniowska-Lewańska, Krystyna Kuliczkowska, Stanisław Frycie. A bakcyla redaktorskiego połknęłam tuż po studiach, kiedy pracowałam jako dziennikarka, a potem redaktorka. I tak zostało.

  Ostatnio otrzymałaś kolejne zaszczytne wyróżnienie „Zasłużony dla Warszawy”…

 To dla mnie wielka sprawa. Z Warszawą jestem związana od pokoleń. Moi przodkowie tu żyli, pracowali, tworzyli, walczyli. Mój wkład jest maleńki, ale cieszę się, że został uznany za ważny. Traktuję tę odznakę jako wielkie zobowiązanie.

–  W 2018 roku byłaś stypendystką Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, co pozwoliło Ci stworzyć (mającą się ukazać nakładem wydawnictwa „Marginesy”) książkę poświęconą osobie i twórczości Bohdana Butenki, jednego z najważniejszych współczesnych ilustratorów i architektów książki. Chciałabym się dowiedzieć od Ciebie, jak widzisz kondycję polskiej książki adresowanej do dzieci? Co Cię cieszy? Co Cię (może) niepokoi?

Musi mnie cieszyć to, co w tej chwili widzę na półkach księgarskich. W stosunku do lat dziewięćdziesiątych jest to ogromny skok jakościowy. Witryny księgarskie i półki biblioteczne zapełnione są książkami o wysokich walorach artystycznych, pięknymi, starannie wydanymi i mądrymi. Wydawcy mają teraz okazję bywać na ważnych światowych targach książki. Mogą poznawać i wybierać książki, które są ich zdaniem interesujące. Dobra passa zaczęła się od działań małych wydawnictw (jak się to wielokrotnie podkreśla), które zaczęły się zwracać ku książce pięknej, wartościowej, nie kierując się wyłącznie kategoriami sukcesu komercyjnego. Nie wiadomo było, czy taki sukces w ogóle nastąpi. W wielu przypadkach nastąpił, ale kierunek był właśnie taki – najpierw piękna książka, a dopiero potem ewentualny sukces finansowy, jeśli się uda. Bardzo mnie też cieszą piękne książki popularnonaukowe. Oczywiście, zdarzały się one i dawniej… Wystarczy wspomnieć książki dotyczące różnych zjawisk astronomicznych, które pisali Włodzimierz Zonn i Elwira Milewska, a ilustrował Bohdan Butenko. Ale teraz pojawił się cały ogromny nurt książek popularnonaukowych też zachwycających! Drzewa Sochy i Grajkowskiego, Pszczoły tych samych twórców… Mizielińscy, Bajtlik. Ich książki, wprowadzające elementy gry i zabawy, wytyczają kierunek, w którym książka popularnonaukowa powinna, moim zdaniem, zmierzać. Dziecko, jak wiadomo, poznaje świat w dużym stopniu poprzez zabawę, to jego naturalna aktywność. Trzeba mu w tym pomagać i dostarczać zabawy literackiej, plastycznej, artystycznej, która jednocześnie może być nauką. „Docere et delectare”, jak mawiali starożytni.

 Ciekawa jestem, jaki jest Twój stosunek do tzw. picturebooków. W ciągu ostatnich paru lat pojawiła się na rynku ogromna liczba książek tego typu. Przedtem mówiło się o nich rzadko. Teraz nastąpił prawdziwy „wybuch”. Powstała może nawet pewna moda… Czy nie masz wrażenia, że w związku z tym w książkach dla dzieci dochodzi do przewagi strony ilustracyjnej, wizualnej nad stroną literacką, językową? Jak to widzisz?

Czasami rzeczywiście trudno się oprzeć takiemu wrażeniu, ponieważ bywa, że w książkach obrazkowych język jest traktowany wyłącznie jako narzędzie komunikacji, a nie jest to przecież jego jedyna funkcja. Jeżeli mówimy o sztuce książki, to nie możemy myśleć w kategoriach artystycznych jedynie o obrazie, ale również o słowie. Żeby doświadczyć obrazu jako dzieła sztuki, nie wystarczy przecież zarejestrować, co zostało na nim przedstawione. Podobnie utworu literackiego nie sposób sprowadzić jedynie do zawartych w nim informacji na temat losów bohaterów czy nawet sytuacji lirycznej. Gdyby tak było, niepotrzebna byłaby lektura, wystarczyłoby streszczenie. Tym, co odróżnia artystyczną wypowiedź językową od prostego komunikatu, jest zwrócenie uwagi odbiorcy na formę i tworzywo, czyli na samą wypowiedź. Następujące zdanie: Poeta siedzi przy biurku i przylatuje do niego kruk, który mówi „nevermore”, nie jest tym samym co Kruk Poego. Język to też tworzywo artystyczne i nie należy o tym zapominać. Piękne słowo jest równie ważne jak towarzysząca mu ilustracja. I jeszcze forma edytorska. Dopiero współbrzmienie tych trzech elementów tworzy piękny artefakt, jakim może być i często jest książka dla dziecka.

Gdybyś miała nieograniczony wpływ na decyzje wydawców, czego byś od nich oczekiwała? Jaką książkę chciałabyś promować?

Bardzo dobrą literacko, mądrą, o pięknej, artystycznej ilustracji, taką, która nie jest zniszczona złą edycją, a więc książkę wydrukowaną na dobrym papierze, z odpowiednią ilością światła, książkę od początku do końca zaprojektowaną w sposób ciekawy i przemyślany. Ponadto książkę dobrze zredagowaną i sprawdzoną przez korektora. Bez błędów gramatycznych, interpunkcyjnych ani żadnych innych. Pracuję w jury konkursu „Przecinek i kropka”. Tam staramy się wybierać tylko takie książki, które są zredagowane bez zarzutu, bo uznaliśmy to za bardzo ważne. Nie można dawać dziecku tekstu napisanego złą polszczyzną i żądać potem, żeby mówiło i pisało poprawnie i pięknie. Te uwagi kieruję również do wydawców książek tłumaczonych z innych języków, także – picturebooków. Często, niestety, tłumaczenie ma charakter jedynie filologiczny, a dobry redaktor potrafiłby wydobyć z niego piękno.

 A miałabyś jakieś wskazania co do tematów?

– Dziecko interesuje się właściwie wszystkim. Książka, która mówi o każdym elemencie otaczającego świata, może być dla dziecka pociągająca. Ale temat powinien być podany w taki sposób, żeby dziecko mogło bez większego trudu zbudować swój własny obraz świata. Żeby pewne rzeczy nieznane mogło porównywać ze znanymi. To jest właśnie ta dziecięca kosmogonia, jak pisała Krystyna Miłobędzka, poetka i twórczyni teatru poetyckiego dla dzieci. Bo jeśli będziemy małemu czytelnikowi mówili o rzeczach bardzo ważnych, ale w taki sposób, że nie będzie ich mogło do niczego znanego dopasować, nie znajdzie żadnego punktu odniesienia, to z tej książki po prostu w danej chwili nie skorzysta, choć może go ona w jakiś sposób zachwycić i wtedy jest szansa, że do niej powróci. Myślę, że książki po prostu muszą być dla dzieci interesujące, piękne, powinny „uwodzić”, jak pisze Grzegorz Leszczyński w pracy Bunt czytelników. Proza inicjacyjna netgeneracji.

 Powiedz, jaką książkę ze swojego dzieciństwa pamiętasz, kiedy byłaś zupełnie malutka i jakie książki zapamiętałaś z czasów, kiedy byłaś nastolatką.

Pierwszą książką, którą przeczytałam samodzielnie, było (nie kokietuję) jednotomowe wydanie dzieł Mickiewicza (takie powojenne wydanie, chyba z lat pięćdziesiątych…). Na Mickiewiczu uczyłam się samodzielnie czytać. Pamiętam też, co wtedy pominęłam – Księgi narodu i pielgrzymstwa i wykłady paryskie na Sorbonie. To brzmiało tak obco, że nawet nie przystąpiłam do lektury. Natomiast Ballady i romanse, wiersze, Pana Tadeusza, Dziady czytałam z ogromnym zapałem. Nie wiem, co z tego wówczas zrozumiałam, ale byłam oczarowana. Nie chodziłam jeszcze do szkoły, miałam sześć lat i dużo wolnego czasu. Była to książka mojego dzieciństwa i nie mogę jej pominąć we wspomnieniach. Uwielbiałam Andersena (Szancer), Grimmów (Truchanowska i Majchrzak). Ich mroczny klimat pociągał mnie, może właśnie po lekturze Mickiewicza. Ale utkwiły mi też w pamięci trzy książki dla małych dzieci zilustrowane przez wybitnych ilustratorów, twórców polskiej szkoły ilustracji. Były to Pierwszy i kilka innych wierszy Ludwika Jerzego Kerna z ilustracjami Henryka Tomaszewskiego, Tere-fere Wandy Chotomskiej z ilustracjami Bohdana Butenki i Karuzela Tadeusza Kubiaka z ilustracjami Adama Kiliana. W tych książkach urzekły mnie przede wszystkim obrazy, doskonale to pamiętam. Potem, kiedy miałam mniej więcej dziesięć-jedenaście lat, przeczytałam Zwierzenia Britt-Mari Astrid Lindgren. To jest książka, która idzie ze mną przez całe życie. Nie wiem, dlaczego autorka jej nie lubiła – według mnie jest genialna. Roi się w niej od kapitalnych bon motów, znam ją prawie na pamięć i często cytuję. Zresztą ilustracje Leonii Janeckiej też mnie uwiodły. Zawsze lubiłam też fantastykę baśniową: Edith Nesbit, Pamelę Travers. Pokochałam Alicję w Krainie Czarów (jeszcze tę w tłumaczeniu Marianowicza), Małego Księcia. Później przyszedł czas na książki dziewczęce. Przeczytałam Zapałkę na zakręcie i wszystkie pozostałe książki Krystyny Siesickiej. Następne szaleństwo lekturowe to Curwood i London. Trzeba przyznać, że czytałam bez przerwy, tak się wtedy spędzało wolny czas. Nie tylko zresztą wolny. Na nudniejszych lekcjach też czytałyśmy obie z koleżanką. I koleżanka, i czytanie zostały mi na całe życie.

 Jak wspomniałyśmy, jesteś teraz specjalistką od budowania relacji zewnętrznych Biblioteki na Koszykowej, w zakresie – oczywiście – literatury dla młodych czytelników. Czy nie tęsknisz za Muzeum Książki Dziecięcej? Włożyłaś w to miejsce tak wiele ze swojej osobowości…

W jakimś sensie moja energia i czułość wobec tego miejsca zostaną w nim na zawsze. A z kolei przy mnie pozostało to wszystko, co zawsze z wielką radością i zaangażowaniem robiłam dla promocji książki dziecięcej: publicystyka, prowadzenie dodatku do „Poradnika Bibliotekarza”: „Świat Książki Dziecięcej”, udział w panelach, konferencjach, tworzenie wystaw, warsztaty z dziećmi, organizowanie i prowadzenie spotkań z twórcami książek. Niedawno nawiązałam współpracę z Międzypokoleniowym Festiwalem „Ojce i dziatki”. Jego idea jest mi bardzo bliska. Jak pamiętasz, Haniu, zawsze tę międzypokoleniowość kultywowałyśmy. Ty zaczęłaś pracę kierowniczą w Bibliotece im. Haliny Rudnickiej (Oddziale MKD) od organizowania spotkań wielopokoleniowych, zainspirowanych książką Marii Marjańskiej-Czernik Wypożyczalnia babć, i ten kierunek utrzymałaś przez dziesięć lat. Ja teraz prowadzę na Koszykowej cykl „Książki nie tylko dla dzieci”. Na spotkania zapraszam twórców, których książki na różne sposoby łączą pokolenia. Jak widzisz, obie cały czas robimy to, co nam „w duszy gra”…

 Dziękuję za miłe słowa o mojej pracy… No i bardzo dziękuję Ci za rozmowę i życzę wielu pięknych książek, które będziesz mogła z radością promować, i wielu czytelników, którzy zechcą je czytać.

Bardzo dziękuję i życzę Ci tego samego.

4 odpowiedzi do “Z książką przez lata”

  1. Ciekawy wywiad! Czekam na wspólną opowieść o książkach 🙂
    Z przyjemnością zapoznam się bliżej z działalnością wspomnianych w wywiadzie zagranicznych placówek poświęconych książce dziecięcej.
    Cieszy mnie fakt, że wracamy do normalności i będzie można znowu uczestniczyć w tych spotkaniach.

  2. Wywiad znakomity. Obie profesjonalistki, doskonale znacie temat. A dla mnie najważniejsze są osobiste refleksje i czułość dla książek, biblioteki, pisarzy, czytelników… Dla Słowa i świata, który na szczęście wciąż jest, ale jakby go było mniej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *