Toskania na bis… Siena… i…

 

             Siena… Odwieczna konkurentka Florencji, jedno z najbogatszych miast średniowiecznej Europy… Miasto w gorącym kolorze palonej sjeny, żółtawego piaskowca i biało-czarnych pasów (biel i czerń to barwy balzany – miejskiego sztandaru), widocznych w architekturze, na przykład w fasadzie duomo

                    Miasto, w którego zaułkach przyjemnie się zagubić, a potem odnaleźć na Piazza del Campo, głównym rynku, gdzie można wygodnie przycupnąć na bruku, siedząc wyżej, a nogi (bardzo wygodnie!) mając niżej, bo piazza ma kształt niecki. Bawią się tam dzieci, biegając raz w górę, raz w dół, a dwa razy w roku (2 lipca i 16 sierpnia) odbywają się palio di Siena, czyli, poprzedzone paradami, pochodami i zręcznościowymi pokazami, zawody końskie, w których konkurują ze sobą contrady, sieneńskie dzielnice (a jest ich siedemnaście). Przyodziani w barwne, historyczne stroje  jeźdźcy  trzykrotnie okrążają na koniach (jadąc na oklep) krzywy rynek, czyli Piazza del Campo, a emocje są wielkie, bo stawki (do wykorzystania potem przez zarządy poszczególnych dzielnic) nie są bynajmniej symboliczne. Jest o co walczyć!

             Takie wyścigi (w sierpniu) widziała w Sienie siostra Kolegi Małżonka (i jej rodzinka). Ponoć jest to duże przeżycie, choć stoi się w rozentuzjazmowanym tłumie miejscowych i turystów…. My, niestety, nie załapaliśmy się na tę atrakcję. Mogliśmy ją, jako wrześniowi turyści, zobaczyć jedynie oczyma wyobraźni. Za to uniknęliśmy tłoku, co ma (zwłaszcza dla mnie) swoje zalety…

              Siena nie jest wielka. Liczy obecnie około 54 000 mieszkańców i żyje głównie z turystów. Inaczej było w przeszłości. Do ostatecznego upadku miasta bankierów (w XII i XIII wieku było to jedno z najbogatszych miast Europy, a bankierzy z rodów – Buonsignorich, Piccolominich i Salimbenich udzielali pożyczek prawie całej ówczesnej Europie…) przyczyniła się wielka zaraza: w 1348 roku zabiła ona… 100 tys. jego mieszkańców, czyli 2/3 populacji miasta! Siena, w odróżnieniu od Florencji, postawiła na niewłaściwego konia, opowiadając się za stronnictwem gibelinów (zwolenników cesarstwa), co – ostatecznie  – doprowadziło do uzależnienia od Florencji (zwolenniczki gwelfów, stronnictwa papieskiego). Siena, zdobyta przez Lorenca di Medici, została w końcu częścią Republiki Florenckiej…

             W czwartkowy poranek dojechaliśmy do parkingu Tufo, usytuowanego na obrzeżach miasta, w sporej odległości od historycznego centrum, gdzie należało się dostać miejskim autobusem (Siena już w roku 1966, jako pierwsze miasto w Europie, zdecydowała się na zakaz wpuszczania do swojego pięknego wnętrza ruchu samochodowego!). Gdy zbliżaliśmy się do przystanku, podjechał autobus. Wsiedliśmy, licząc na to, że uda nam się kupić bilety u kierowcy (w ubiegłym roku było trochę szamotaniny z kiepsko oznakowanym biletomatem…). Ponieważ okazało się to niemożliwe, pojechaliśmy na gapę… Co robić… Nie było innego wyjścia… Wysiedliśmy w znanym już sobie miejscu, koło ulicy św. Agaty, i ruszyliśmy przed siebie.

            Niebo było, nietypowo jak na Włochy, zachmurzone. Bardzo parno, niemal nie można  oddychać. Szliśmy niespiesznie… Patrzyliśmy na kolory Sieny, patrzyliśmy na ciemny, bazaltowy bruk. Snuliśmy się przez dłuższą chwilę uliczkami, zbaczając z głównych  szlaków, którymi ciągnęli turyści. Szliśmy bez specjalnego celu, chłonąc niezwykłą atmosferę tego miasta, które zachowało w niemal nienaruszonym stanie swoją przeszłość… Czuliśmy niemal fizycznie jej powiew. To, co istniało dawniej, istnieje i teraz. Jest tu. Obok nas – w zasięgu wzroku, na wyciągnięcie ręki.

                W końcu jednak ruszyliśmy w stronę Piazza del Campo, nie podejmując żadnych decyzji i czekając, w którą stronę nas pociągnie… Pociągnęło nas na lody i kawę do Cafe Fontane Gaia, mieszczącą się za słynną, powstałą w XIV wieku, po doprowadzeniu wody (z odległości, bagatela!, 25 kilometrów) fontanną, od której kafejka wzięła swą nazwę. Mieliśmy zapoznać się z historią jej budowy i rekonstrukcji nieco później…

             Tymczasem patrzyliśmy na malownicze grupki turystów z różnych zakątków świata, na bawiące się na krzywym placu dzieci… Potem ruszyliśmy w stronę Piazza del Duomo, by rzucić okiem na biało-czarną fasadę (ukończoną w 1380 roku) dwunastowiecznej katedry, którą oglądaliśmy w roku ubiegłym, podziwiając wtedy w jej wnętrzu płaskorzeźby Donatella, Ghibertiego i Jacopo della Quercii, a także, usytuowaną w jej bocznym skrzydle, wspaniałą Bibliotekę Piccolominich.

            Stoimy więc naprzeciw katedry, oddychamy z trudem (bo cały czas – okropnie parno), gdy wtem – potężnie powiało, jeszcze potężniej zagrzmiało i lunął deszcz. Grupy turystów, oczekujące w kolejce po bilety do duomo, rozpierzchły się w mig na wszystkie strony… Zabawny widok: ludziska przykrywali głowy, czym kto miał. Ludny plac opustoszał w dziesięć sekund!

               My też schowaliśmy się na chwilę pod jakimiś arkadami, ale – zaraz potem – znaleźliśmy schronienie w Museo della Scala, mieszczącym się w budynku starego  (istniejącego, bagatela, od X wieku) szpitala (Ospedale Santa Maria della Scala), usytuowanego dokładnie naprzeciw katedry… Było to bardzo ciekawe, wręcz wymarzone schronienie i spędziliśmy tam,  niespodziewanie dla samych siebie, bardzo dużo czasu…

                 Było co oglądać. Znaleźliśmy się w tam, gdzie niewyobrażalnie wprost długo (do 1966 roku!) funkcjonował jeden z najstarszych szpitali w Europie. Założony przez księży katedralnych szpital (z jego okien widać katedrę – duomo) miał służyć pielgrzymom, którzy spieszyli do Rzymu z Francji i terenów północnej Europy. Miał swoją własną, działającą niezależnie organizację i skupiał się na przyjmowaniu pielgrzymów oraz opiece nad porzuconymi dziećmi i biedotą. Po roku 1195 prowadzenie szpitala zaczęło stopniowo przechodzić z gestii księży katedralnych w gestię braci szpitalnych, oblatów (świeckiego stowarzyszenia, prowadzącego działalność charytatywną), na których czele stał rektor wybierany  początkowo przez kapitułę braci, a potem przez gminę sjeneńską. Rektor stał się więc w pewnym momencie świeckim urzędnikiem publicznym. I tak było przez niemal dziesięć wieków…

               Najpierw znaleźliśmy się w ogromnej, przyozdobionej łukami Sali Pielgrzymów (gdzie udzielano pierwszej pomocy strudzonym podróżą wędrowcom). Miejsce to przyozdobiono cyklem fresków, poświęconych historii szpitala autorstwa Domenico di Bartolo, Loretta Vecchiety i innych artystów

                  Potem zaczęliśmy wędrówkę przez kilkupiętrowe podziemia. Kolega Małżonek pobiegł na spotkanie z etruską przeszłością Sieny, której ja nie miałam ochoty oglądać, pozostając w części, gdzie eksponowano współczesne zbiory: między innymi jakąś wystawę poprojektową – prace dzieci, inspirowane sztuką oraz architekturą Sieny; zbiory związane z historią farmacji, na przykład tajemnicze i malowniczo się prezentujące, a często po prostu śliczne fiolki i pojemniki na leki…Skorzystałam z tego, że  Museo della Scalla prowadzi zakrojoną na bardzo szeroką skalę działalność kulturalną, organizuje rozmaite działania edukacyjne (czyli – jak się teraz mówi – projekty), warsztaty, badania  (jest tam, na przykład, Międzynarodowe Centrum Badań nad Renowacją), co bardzo urozmaica i ożywia funkcjonowanie tego szacownego miejsca

               Duże wrażenie zrobił na mnie, znajdujący się w kompleksie Santa Maria della Scala, a zbudowany pod koniec XIII wieku kościół Santissima Annunziata, całkowicie przebudowany w połowie XV wieku. Moją uwagę przykuła przepiękna, wykonana w brązie rzeźba, przedstawiająca sylwetkę Chrystusa Zmartwychwstałego (autorstwa Lorenza Vecchietty). Myślę, że duże znaczenie odgrywało tu światło: sylwetka niesamowicie ostro odznaczała się na tle fresków (przeważały tam jasne błękity) znajdujących się za ołtarzem, w apsydzie…

            Pokonawszy tunele (niekiedy ciasne), znaleźliśmy się w dolnej części kompleksu.

                Urzekła nas tam bardzo ciekawie wymyślona wizualizacja restauracji i renowacji Fontanny Gaia (to dzieło Jacopo della Quercii). Na ścianie (zamienionej w ekran) pokazano fontannę, na którą wspina się mała dziewczynka-psotnica… Wrzuca do wody kamyk, co powoduje, że obecny kształt fontanny znika i ukazuje się ona w dawnej, pierwotnej, dość skromnej postaci. Potem pokazane są kolejne etapy jej rozbudowy i upiększania…

          No i jeszcze (również w podziemiach) odbyliśmy tajne spotkanie ze świętą Katarzyną (którą niektórzy uznają za prekursorkę mediacji), która właśnie tutaj, czyli w Oratorium Świętej Katarzyny della Notte zatrzymywała się, by się pomodlić i pocieszyć chorych. Muszę przyznać, że w tym miejscu (niezależnie od zapatrywań na religię i wiarę) po prostu powiało duchowością…

              W końcu trzeba było wyjść na zewnątrz, bo już trochę kręciło nam się w głowach od nadmiaru wrażeń, choć do zwiedzania i oglądania wciąż pozostało wiele… Nie starczyło nam sił, by zajrzeć do sieneńskiej pinakoteki…Cóż… Mam nadzieję, że jeszcze tu kiedyś wrócimy.

               Trochę głodni zadowoliliśmy się tym razem gorącą foccacią, kupioną na ulicy. Nie chcieliśmy wpaść w uczynne szpony kolejnemu, tym razem sieneńskiemu Roberto… W końcu stwierdziliśmy, że czas opuścić Sienę…

                Udało nam się (nie bez pewnych kłopotów) zakupić bilety autobusowe i, tym razem całkiem legalnie, dotarliśmy w końcu do naszego parkingu Tufo i oczekującego tam cierpliwie auta. Ruszyliśmy w drogę powrotną.

                  Na niebie wciąż kłębiły się chmury, padał deszcz, potem przestawał, potem zaczynał padać znowu… Jedziemy, jedziemy… Ale jak to? Mamy przejechać w pobliżu Bagni di Petriolo i nie zajrzeć?… Hm… Burza przesunęła się nieco dalej, ale deszcz wciąż padał… Rozpoczynał się wieczór… No i ten włoski, wieczorny chłodek…Hm… Ale przecież siarczkowe źródła są gorące!

                 Chwila dojrzałego namysłu i skręcamy na znaną nam drogę… Ja okazałam się istotą wątłego ducha i zostałam w aucie. Kolega Małżonek natomiast, nie lękając się deszczu i zwolna zapadających ciemności, wskoczył ochoczo w slipki i jeszcze bardziej ochoczo udał się w kierunku rzeki. Po dziesięciu minutach wrócił po mnie, pokrzykując, że jest fantastycznie i że nie wiem, ile tracę.

                Cóż… Nie po raz pierwszy dałam się uwieść jego zaraźliwemu entuzjazmowi. Wskoczyłam w kostium a potem do gorącej, siarczkowej wody.

                 Było niemal pusto… Zupełnie cicho. Nad mostem kłębiły się chmury. Niebo pociemniało. Nad wodą unosiła się para… Tylko na drugim brzegu rzeki krzątała się stara Chinka…

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.