
Joanna Rudniańska, Obudziła się zimną nocą. Z fotografiami autorki. Warszawa 2025. Wyd. Nisza.
Książki Joanny Rudniańskiej, laureatki Nagrody m. st. Warszawy za całokształt twórczości (2020), niezależnie od tego, do kogo są adresowane – do dzieci, czy do dorosłych – mają jedną wspólną cechę: wyprowadzają czytelnika ze strefy komfortu.
Nie inaczej jest i w przypadku najnowszego tytułu tej autorki Obudziła się zimną nocą opatrzonej dedykacją: Wolontariuszkom i wolontariuszom ratującym ludzkie życie w Puszczy Białowieskiej na polsko-białoruskiej granicy.
To nie jest książka do czytania przed snem. Chyba nie da się jej przeczytać od razu. Trzeba ją odłożyć – na godzinę, na dzień albo na tydzień, ale trzeba do niej wrócić. Trzeba. Konieczność czytania odczuwa się jako rodzaj moralnego obowiązku. Nie sposób zignorować myśli, przychodzących do głowy, gdy raz się dotknie skrajnie trudnych kwestii, stanowiących jej materię. Jest to także, zrodzona na samym początku lektury, ciekawość czytelnicza i silna potrzeba estetyczna, bo nie można się oprzeć formalno-treściowej zagadkowości nowego dzieła Joanny Rudniańskiej (słowo dzieło zostało tu użyte świadomie i ma charakter jak najbardziej wartościujący…)
W książce autorki RuRu mamy do czynienia z fragmentarycznością świata, pokazywanego w różny sposób i z rozmaitych perspektyw. Pojawiają się różne narratorki, bo, przy całej złożoności świata, który widać w tle, na plan pierwszy wysuwają się losy kobiet. Są tu wspomnienia, ale (przynajmniej na pierwszy rzut oka) nie ma pewności do kogo należą… Ostatnie dwa zdania całości, poprzedzone tytułem Igła, są głosem z zewnątrz, nadanym spoza literackiej struktury. Nie jest to, powoływany zwykle przez autorów, narrator wszechwiedzący, bo ów głos zwraca się do czytelników: ktoś wie, czyje to wspomnienia? Doczytaliśmy tekst do końca i postawiono nam pytanie rozstrzygnięcia (tak nazywa ten typ pytania logika). Mamy się opowiedzieć. (Czy) ktoś wie?… Tak. Ja wiem. To ja jestem tym kimś, kto wie. Zrozumiałam. Albo: nie. Ja wciąż nie wiem. Nie mogę zrozumieć… Czy twierdząca odpowiedź na pytanie głosu z zewnątrz ułatwi wyciąganie wniosków? Czy jest to w ogóle możliwe?… Do kogo należy ów głos płynący z zewnętrznej, pozaliterackiej struktury przekłutej igłą? Czy nie jest to czasem głos sumienia?
Jednak, jako ludzie, nawet bez poczucia zrozumienia, jesteśmy w stanie odczuć siłę przeżyć schowanych za rozmaitymi maskami, widzimy ich rozmaitość a jednocześnie zyskujemy (bo jest to zysk, rodzaj bonusu) przejmujące, wprost przeszywające poczucie wspólnoty. Co z nim zrobimy?… Oto jest pytanie…
Książkę rozpoczyna scenka dialogowa poprzedzona didaskaliami. Tło stanowi wielkomiejski plac z kościołem, bohaterowie – to para czterdziestolatków, związanych z mediami. Ona – miała nakręcić dokument na granicy polsko-białoruskiej. Może o uchodźcach, może o wolontariuszach… Przeżyła tam coś, o czym nie może i nie chce zapomnieć. Nagrany materiał skasowała. Dopilnowała, by nie zgubić kamery. On – próbuje zrozumieć, ale nie bardzo mu wychodzi. Jest nastawiony biznesowo. Świat to przecież scena. Da się reżyserować. Można zarobić. Może jakiś surwiwal? Na przykład – przejście przez zieloną granicę z Meksyku do USA? Piją wino. Palą. Pada marznący deszcz. W scence, gdzie bohaterowie jedynie rozmawiają i jest to rozmowa pozornie taka sama jak wszystkie inne (choć czasem bawią się rozmaitymi dziwnymi, czy też dziwacznymi pomysłami) – bez dramatyzowania, czy wybuchów emocji – autorka wprowadza motywy, które tutaj, lekko niepokojące i dyskretnie przykuwające uwagę, potem pojawiają się jak natrętne refreny: papierosy, dziewczynka w czerwonym kombinezonie, luksusowa suszarka do włosów, poród w trudnych warunkach, marznący deszcz (to tytuł pierwszej części)… Jest też Meksyk…
Kolejne części to Strefa i Dżungla. Składają się na nie krótkie opowiadaniach. Niektóre, jak Mucha ze Strefy, czy Deskorolka z Dżungli, choć stanowią integralną część całości, dałyby się też potraktować jako osobne opowiadania. Mają swój własny, poważny ciężar. Mamy scenki, przesuwające się przed oczyma bohaterek, nie zawsze posiadających świadomość, gdzie są. W jakim miejscu? W domu? W lesie? Jest zimna noc i obok powinno być dziecko. Ale czy jest? Może go nie ma… Obudziłam się zimną nocą i wyciągnęłam rękę, aby dotknąć śpiącego obok dziecka… Narracja, prowadzona w pierwszej, czasem w drugiej osobie (zabieg rzadko stosowany), gdy młoda kobieta zwraca się do swojego nieobecnego mężczyzny, jest przesycona niepewnością bohaterek. Trochę wiedzą, ale bardziej nie wiedzą… Wiedzą tyle, że są zdane na siebie. Są jakby aktorkami na jakiejś dziwnej scenie. Coś tu trzeba odegrać. Wszystko jest jakby nierealne. Nierealni są, na przykład, łowcy – trochę pilnują, trochę żartują, są podejrzliwi, ale i na swój sposób normalni, zwykli. Przedstawiciele straży granicznej nie wyglądają na złych, ale dziecko wie lepiej… Dziecko widzi nagą prawdę. Dla bohaterek, uwikłanych w rozmaite zależności, prawda staje się pojęciem abstrakcyjnym. Nie czas na jej ponowne odkrywanie. Odczucie prawdy zostało pewnie zagubione gdzieś na skraju dzieciństwa. One po prostu muszą jakoś brnąć. Jedna – przez samotność i trudy życia w pozornie luksusowym domu, za szklaną e-ścianą (której nigdy nie chciała), druga – przez las, w pogoni za marzeniem o Paryżu i wolnym świecie, gdzie nie piętnuje się bycia kobietą, lubiącą sztukę i luksusy. Obie muszą trwać. Jakoś w tym być. Trzeba dokonać aborcji, gdy zostaje się samą i brakuje siły. Trzeba zostawić w lesie płaczące, zasikane ze strachu dziecko. Trzeba przestać myśleć o śmierci niemowlęcia (nazywanego przedtem dzieckiem). Trzeba nakarmić własnym mlekiem kilkuletnią córkę i opadającą z sił teściową. Trzeba się przeczołgać przez życie, gdy nie można przez nie przejść. Nawet wtedy, gdy się przestaje cokolwiek rozumieć.
Czytelnik też nie od razu wie, gdzie jest i kto jest tu kim… Kim jest bohaterka opowiadań ze Strefy? Czy to na pewno ta sama postać, którą zobaczył wcześniej na wielkomiejskim placu z kościołem? (To, że na placu jest kościół nie jest tylko ozdobnikiem; w didaskaliach zaznaczono, że plac może być w jakimkolwiek mieście, ale kościół musi być koniecznie…). Kim był jej partner? Co robił w Meksyku? Bohaterka Dżungli to dorosła osoba i jednocześnie dziewczynka wspominająca swojego brata (a może siostrę)? Czy to właśnie jej zapalonego papierosa widzi kobieta paląca swego papierosa przy szklanej ścianie zimnego domu na pustkowiu, z malowniczym widokiem na ścianę lasu? Czy przywiezione ze świata dziecko, mieszkające z mamą-nie mamą w ledwie ogrzanym domu ze szklaną ścianą interesuje się losem innego dziecka – dziewczynki w czerwonym kombinezonie, która teraz z mamą i babcią (bo braciszek umarł i został zagrzebany w liściach…) wędruje do lepszego świata?
Obraz scala się pomału… Czy jest możliwe, by zespolił się logicznie do końca? I co by oznaczał ów koniec? Czy aby na pewno światem, w którym żyjemy rządzą prawa logiki? Czy wspomnienia innych mogą stać się naszą rzeczywistością?
Wychodzenie ze strefy komfortu bywa bolesne… Czy coś nam da? Czy przyjmiemy bonus ofiarowany nam przez pisarkę? Czy zdołamy coś z nim zrobić?… Czy jest to w ogóle możliwe?…

