Kuferek z wikliny

To miłe. To naprawdę miłe. Te pieniądze spadły mi jak z nieba. Pół okrągłej, ślicznej banieczki! Niby to niedużo, jak na te czasy, ale w końcu też coś. Już myślałam, że ten wierszyk przeleży się gdzieś w redakcji, bo: niezamówionych materiałów redakcja nie zwraca, a tu – bach! Telefon. Przekaz. Pieniądze.

Z czystym sumieniem kupuję kilo mandarynek, po jednym kiwi dla każdego, puszkę brzoskwiń, morszczuka – dla kota Kota, Sofię-riesling – dla męża, rajstopy z lycrą dla siebie i Córeczki, kasetę z Quennem – dla Maleństwa, najnowszego Whartona dla Najstarszej Pociechy. Niesamowite. Ciągle jeszcze są pieniądze do wydania! No dobrze. No spokojnie. No w takim razie kupię sobie ten kuferek z wikliny, na który zerkam już drugi miesiąc…

Pani na naszym bazarku wita mnie szerokim uśmiechem. Nic dziwnego. W końcu zostawiam u niej całkiem sporo gotówki. Te różne dyrdymałki – pyzate aniołki, muszle, koszyki i kolczyki, drewniane, malowane ptaszki… Wiklinowy kuferek też mi zapadł w serce, ale jednorazowo to spory wydatek. No ale tym razem – pal sześć! W końcu te pieniądze spadły mi jak z nieba. Wchodzę. Gawędzimy chwilę. Wybieram i wychodzę, dzierżąc w dłoni malownicze cudeńko ręcznej roboty. W następnej budzie kupuję jakieś serki i ładuję wszystko do środka. Udaję, że to bardzo wygodne, ale już wiem: to ręcznie robione wiklinowe cudo nieszczególnie się nadaje na bazarkowe zakupy. Dociskającą wieczko dość długą przetyczkę trzeba w czasie pakowania produktów trzymać w zębach. Praktycznie nie da się inaczej. Wygląda to raczej śmiesznie, a nie jestem pewna, czy akurat na tym efekcie specjalnie mi zależy. Co by tu z nim?… Na co by tu go?… Do czego by?…

Wieczorem pakuję torbę. Poprawione klasówki, sprawdzone zeszyty – uff – jak zwykle się nazbierało i jak zwykle nie chce się zmieścić. Znowu muszę część tego towaru wpakować do reklamówki. Swoją drogą, kto wymyślił nazwę „reklamówka”? Co będę reklamować, jeśli na plastikowej torbie nie ma żadnego obrazka ani napisu? Ale nie! Nie muszę już więcej przynależeć do nazbyt licznej populacji reklamówkarzy (tj. ludzi biegających z reklamówkami)… Dość czyli basta! Mam przecież swój wiklinowy kuferek. Tak, do tych celów jest wprost wymarzony. Zeszyty się nie pogniotą, klasówki nie wymiętoszą. W sam raz.

Rano, trochę zmęczona po wyprawieniu wszystkich domowników i pozawiązywaniu wszystkich szalików, biegnę do autobusu, przytrzymując się krzepiącej, wiklinowej rączki mojego nowego, ślicznego kuferka. Autobus za autobusem zjeżdża do zajezdni. Coraz bardziej nerwowo spoglądam na zegarek. Wreszcie jest! Wewnątrz – odrobinę tłoczno. Fala wsiadających umieszcza mnie w przegubie. Coś mi kapie na głowę. Jakaś kobieta o obfitych kształtach wbija mi energicznie łokieć w środkowy odcinek kręgosłupa. Omal nie mdleję z bólu. Przepycham się do przodu, torując sobie drogę kuferkiem trzymanym na wysokości wątroby. Przede mną mężczyzna o wyglądzie emerytowanego aktora lub muzyka z podrzędnej knajpki (z tych, co to siwiejące, przerzedzone włosy zawiązują w kitkę) patrzy na mnie oślizłym wzrokiem. Jest w tym spojrzeniu, prócz wiadomej oślizłości, jeszcze jakaś bliżej nieokreślona wrogość. W końcu facet z obrzydzeniem odsuwa mój śliczny kuferek i syczy niegłośno, ale ze sceniczną dykcją: że też z czymś takim wsiada się do autobusu. Do taksówki! Do taksówki! Na pewno PANI potrafiłaby zarobić na taksówkę… Znów to oślizłe spojrzenie. Czuję, jak zaczyna dławić mnie wściekłość. Czekaj, dziadu! Uśmiecham się słodko: przepraszam, jeśli pana potrąciłam, to było niechcący; mam nadzieję, że rajstopek panu nie zahaczyłam. Ludzie chichoczą. Facet blednie. Mnie już nie ma.

Nie widać przesiadkowego autobusu, więc dwa przystanki gnam na piechotę. Poranna przebieżka jeszcze nikomu nie zaszkodziła– dźwięczą mi w uszach słowa mojego wysportowanego męża. Dopadam do furtki szkolnej cztery minuty przed dzwonkiem. Tuż za drzwiami nieznany mi bliżej pierwszak wiesza mi się bezstresowo u rękawa:

– Proszę paniii, co pani ma w tym kosyku??

– Kota! – warczę, łowiąc zdumione spojrzenie malucha.

– Naprawdę?

– Naumyślnie! – wołam, sadząc po dwa stopnie na pięterko. U szczytu schodów czai się już Najpilniejszy Uczeń w Całej Szkole, by mnie poinformować, że zrobił na wszelki wypadek całe drugie ćwiczenie, bo nie był pewien, czy miałam na myśli drugie a, czy drugie b (to taki drobny, inteligentny przytyk pod moim adresem). Chwalę go odruchowo i za zakrętem nadziewam się na Szkolnego Geniusza, który mnie pyta, czy koniecznie musi czytać Przygody Odyseusza Parandowskiego, bo są kłopoty z wypożyczeniem, a on już dwa lata temu przeczytał całą Odyseję (przecież to dziecinnie proste!) i teraz sobie odświeża. To jego ulubiona książka, oczywiście, obok Iliady (trudno byłoby tu podjąć jednoznaczną decyzję, która z nich…) więc, czy musi tego Odyseusza? Zostawiam to pytanie na razie bez odpowiedzi, odkrzykując, że później się nad tym zastanowimy. Lekko zdyszana wpadam do pokoju nauczycielskiego, gdzie mój małoletni, uroczy dyrektor szarmancko zdejmuje ze mnie płaszcz, a koleżanka-plastyczka, której fachowe oko wysoko sobie cenię obrzuca mnie kompetentnym spojrzeniem i, oczywiście, (no jasne!) zauważa, że mam śliczny kuferek. Ta wiklina to takie wdzięczne tworzywo… Wychodzę do klasy równo z dzwonkiem.

Biegną lekcje. Tantal cierpi zasłużone męki. Stęskniony Orfeusz szuka swej pięknej małżonki. Związek zgody ciągle myli się ze związkiem rządu… Czasem ktoś otworzy pudełko zwane wyobraźnią… Najpilniejszy Uczeń w Całej Szkole, Szkolny Geniusz i Jego Jedyny Przyjaciel, Córka Prasy Niezależnej i Tancerka Pełna Wdzięku oraz pozostałe dzieciątka wgapiają się we mnie przez sześć godzin, bez najdrobniejszej przerwy, oświadczając mi od czasu do czasu, że przecież dzisiaj mieliśmy rozmawiać o lekturze no nie – mieliśmy opowiadać o swojej ulubionej książce spoza listy lektur to dlaczego pani zrobiła gramatykę to niesprawiedliwe jakie ma pani ładne kolczyki czy to nowe i jak to przecież to niesprawiedliwe żeby Magda dostała lepszy stopień niż Michał pani jest za sroga on się starał przecież no co z tego że się starał ale mu tak dobrze nie wyszło na stopień trzeba zasłużyć pani jest sprawiedliwa i się zna kiedy będzie wreszcie ta dyskusja filozoficzna i kiedy będziemy robić te długie listy pytań i wybierać najciekawsze i dyskutować dyskutować bo pani czasem obiecuje a potem zapomina albo coś i czy będziemy wreszcie robić próby do tego przedstawienia co miały być w zeszłym tygodniu czy pani pamięta… Uff!!!!

Kuferek powoli się opróżnia. Koniec. Po ostatniej godzinie wypijam szklankę herbaty i odbijam na ksero ćwiczenia na następny dzień. To wszystko. Mogę wracać. Leciutki kuferek z wikliny prawie nic nie waży. Wygląda tak jakoś smutno. Biedaczek. Ciągnę się po ulicy dość niemrawo. Czy Córeczka odebrała Najmłodszą Pociechę z Przedszkola? Zdaje się, że jej rano nie przypomniałam… Na ogół pamięta, więc pewnie i tym razem… Czuję ból w kręgosłupie. To efekt porannej działalności dorodnej damy z autobusu. Deszcz. No może deszczyk. W każdym razie siąpi beznadziejnie. Na rogu koleżanka z mojej szkoły odwraca się na mój widok w drugą stronę. E tam! Co znowu! To tylko ktoś podobny. Jestem ostatnio zbyt przewrażliwiona. Przejeżdżający autobus ochlapuje mi cały dół spódnicy. Błoto sączy się do kozaków. Tak to wiem na pewno. Nie jest to sprawa mojego przewrażliwienia. Wokół szarość taka, że większą trudno sobie wyobrazić. W dodatku do wypłaty jeszcze tydzień, no a ja wczoraj tak beztrosko przepuściłam pół miliona… Spoglądam z wyrzutem na wiklinowy kuferek. No nieee. Jednak dobrze, kochana pani… Wchodzę do warzywniaka i wybieram pięć najpiękniejszych, rumianych jabłek. Po jednym dla każdego. Tylko kot Kot będzie się musiał obejść smakiem. Jabłka lądują w kuferku, który od razu nabiera sensu. Znów przytrzymuję się krzepiącej, solidnej rączki, która nie pozwala mi (jestem tego pewna) upaść ze zmęczenia. Autobus. Osiedle. Winda. Dzwonek. W przedpokoju Najmłodsza Pociecha wiesza się na mnie miłośnie:

– Co DLA MNIE kupiłaś????

– Dla wszystkich kupiłam. Tu, w kuferku. – wskazanie kuferka w czarodziejski sposób uwalnia mnie od stęsknionych łapek. Maleństwo rzuca się do otwierania. Córeczka i Najstarsza Pociecha też – jak gdyby nigdy nic – wyglądają ze swoich norek.

– Co tam przyniosłaś?

– Trochę poezji.

– Mama, no co ty się wygłupiasz, przecież to nie są wierszyki, to jabłka..

–  No jabłka, jabłuszka, ale zobacz jakie mają rumieńce, jakie ładne. Jak wierszyki…

– No ładne, ładne. Kolorki mają. – zgadza się rezolutny Synek o łagodnym i spolegliwym usposobieniu.

– Ale to są normalne jabłuszka.

– Zgadza się, jabłuszka… – przytakuję a Najmłodsza Pociecha wdrapuje mi się na kolana. Po chwili soczysty buziak słodko obślinia mi policzek.

Kątem oka widzę jak przy stole staje Córeczka.  Ustawia w świetle lampy miskę. Układa na niej pieczołowicie odrobinę rumianej poezji, wydobytej z mego nowego kuferka z wikliny.

Jedna odpowiedź do “Kuferek z wikliny”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *