A PAMIĘTACIE, jak Ela szukała płetwy sterowej?

 

         Nie działo się to, prawdę mówiąc, na Mazurach, ale historia jest tak urocza, że i tak powtarza się ją każdego roku przy ognisku.

      Otóż Tomek i Ela pływali wówczas po Jezioraku łódką typu El Bimbo, w towarzystwie Basi i jej wojskowego męża – majora Witka (porządek musi być, a poranna kawa jest jak najbardziej zgodna z regulaminem!). Czytaj dalej „A PAMIĘTACIE, jak Ela szukała płetwy sterowej?”

A PAMIĘTACIE, jak szykowano wspólne śniadania i nie wszyscy się załapywali?

         Od czasu do czasu ktoś (przeważnie Walec, który zawsze czuł się  odpowiedzialny za integrację grupy) rzucał hasło wspólnego śniadania. Zwyczaj ten, obecnie pojawiający się w formie szczątkowej, miał swoich zwolenników i przeciwników. Jego zwolennikami były albo osoby nadzwyczaj towarzyskie, albo te, którym akurat kończyły się na łodzi zapasy jedzenia… Czytaj dalej „A PAMIĘTACIE, jak szykowano wspólne śniadania i nie wszyscy się załapywali?”

A PAMIĘTACIE, jak po raz pierwszy zapaliliśmy lampki na jeziorze?

      Wiele lat temu, zanim przesiedliśmy się na bardziej luksusowe jachty,  pływaliśmy maleńkimi orionami. Była to konstrukcja niemiecka. Jacht bardzo funkcjonalny, przyjazny. Czuło się bliskość wody, do której z burty można było sięgnąć ręką. No ale miał swoje wady. Korba od miecza umieszczona w kokpicie, zaraz przy zejściówce, zostawiała paskudny ślad w postaci siniaków na wszystkich żeglarskich łydkach; nie sposób się było z nią choć raz boleśnie nie zderzyć. Żeby wybrać miecz trzeba się było porządnie zaprzeć i obrócić korbą 24 razy. Stawianie i kładzenie masztu wymagało zręczności i uwagi. Krzyżak, na którym opierano leżący maszt, trzeba było na wszelki wypadek przytrzymywać, bo lubił się przewracać a wtedy, wtedy… No – mogły się zdarzyć kłopoty. Czytaj dalej „A PAMIĘTACIE, jak po raz pierwszy zapaliliśmy lampki na jeziorze?”

Czy naprawdę zasypano północne jeziora? Mazurskie historie i różne opowieści. Coś na kształt wstępu

Skocz do galerii

           Tak jakoś wyszło, że od lat pływamy sobie po Mazurach. Grupka pączkuje – dochodzą kolejne osoby, niektóre się wykruszają, ale z kolei przybywają dzieci i po jakimś czasie obrastają w swoich (już własnych) mazurskich załogantów…

       Dzieci, jak to dzieci, dorastają i – naturalną koleją rzeczy – odrywają się od starców, pływają własnymi drogami, no ale niekiedy dochodzi do spotkań gdzieś na szlaku. Trwa to od lat. Ilu? Gdyby liczyć od początku to… Czytaj dalej „Czy naprawdę zasypano północne jeziora? Mazurskie historie i różne opowieści. Coś na kształt wstępu”