
Szelest papierków, poszturchiwania, jakieś przepychanki… Leżę z mocno zaciśniętymi powiekami. Nie mogę ich otworzyć w żadnym wypadku dopóki, dopóki…
– Sto lat! Sto lat! Niech, żyje, żyje nam! Czytaj dalej „MOJE ŚWIĘTO”

Szelest papierków, poszturchiwania, jakieś przepychanki… Leżę z mocno zaciśniętymi powiekami. Nie mogę ich otworzyć w żadnym wypadku dopóki, dopóki…
– Sto lat! Sto lat! Niech, żyje, żyje nam! Czytaj dalej „MOJE ŚWIĘTO”
Jednym z ulubionych mazurskich miejsc jest tzw. Półwysep Koński. Tej nazwy nie ma na mapach, ale od lat nazywamy tak zakątek na Jeziorze Nidzkim, gdzie pasa się koń. Od zawsze. W pobliżu nie widać żadnego gospodarstwa. Koń musi tu przychodzić ze sporej odległości. To zapewne wielbiciel pięknych widoków. Zupełnie jak my. Czytaj dalej „A PAMIĘTACIE, jak koń wielbił Rycha wylizując mu pięty a potem położył się i zasnął ?”
Poszukuję
tego miejsca
gdzie wzrok nie sięga
a i rozum
nie ma już nic
do roboty Czytaj dalej „Poszukiwania”
Rzecz działa się na Jeziorze Nidzkim, a ściślej mówiąc, na jednym z jego malowniczych biwaczków, nazwanym później Okiem Urba (ale to już całkiem inna historia). Przy brzegu jest tam płytko, dzieci mogą się taplać bezpiecznie, nawet Ludka, która potrafi żeglować, ale jakoś nie nauczyła się pływać wpław (wszystko przez męża, tego złośliwego Walca!), kąpie się tam z przyjemnością, bo można iść i iść w głąb jeziora i ciągle woda sięga po kolana. W pobliżu brzegu majestatycznie snują się łabędzie, zwane żebrakami (okrutny Walec chwyta je za dziób, by nie wyjadały żeglarzom smakołyków, no i, żeby w przyszłości radziły sobie same bez pomocy człowieka). Czytaj dalej „A PAMIĘTACIE, jak Urb dobił po północy do biwaku na Nidzkim z okrzykiem „bania!” ?”
Nie działo się to, prawdę mówiąc, na Mazurach, ale historia jest tak urocza, że i tak powtarza się ją każdego roku przy ognisku.
Otóż Tomek i Ela pływali wówczas po Jezioraku łódką typu El Bimbo, w towarzystwie Basi i jej wojskowego męża – majora Witka (porządek musi być, a poranna kawa jest jak najbardziej zgodna z regulaminem!). Czytaj dalej „A PAMIĘTACIE, jak Ela szukała płetwy sterowej?”
Wrzesień 2013
11 września: powrót. Żegnaj, Gruzjo… A może… do zobaczenia?…
Trzeba było wstać skoro świt. Ale co robić? Jak trzeba, to trzeba. W aucie, nie wiedzieć dlaczego, tuż przed odjazdem włączył się alarm. Wyglądało na to, że chcemy odjechać z fasonem…Obudziliśmy chyba całą okolicę!
Podróż do Kutajsi poszła nad wyraz sprawnie. W pobliżu lotniska skorzystaliśmy jeszcze z usług myjni, by oddać naszego wiernego przyjaciela, czyli auto, które – trzeba przyznać – nigdy nas nie zawiodło – w dobrym i ładnym stanie. Dojechaliśmy o czasie, ale cóż… Nic nie może być całkiem proste. Czytaj dalej „Dziennik podróży do Gruzji. Dzień jedenasty. Żegnaj, Gruzjo!”

flety fletnie flesze
błyski blaski brzaski
firny farby gwasze Czytaj dalej „Ziewająca gwiazda”
Wrzesień 2013
8 września: Batumi czyli Wielki Świat po gruzińsku
W niedzielny poranek wyruszyliśmy na podbój czarnomorskich plaż. Okazało się, że są one bardziej … hm – oryginalne niż luksusowe… Lekko zdezorientowani dotarliśmy w końcu (wspomagani radami sympatycznego miejscowego menela) do miejsca, które można by, na upartego, nazwać plażą. To jest piasku było w bród, morze też na miejscu, więc… Czytaj dalej „Dziennik podróży do Gruzji. Dzień ósmy. Batumi”