Lwów pełen gwaru, slalom dziurawą wstęgą szos i wędrówka szlakiem zbója Dobosza czyli spotkanie z Ukrainą

Wrzesień 2015

Skocz do galerii

        Siedzimy sobie na sporym kamieniu. Jest słoneczne, rześkie popołudnie. Odpoczywamy – odrobinę strudzeni wędrówką huculskimi drogami i bezdrożami. Ze smakiem zjadamy pyszną kiełbasę, pokrojoną rano w zgrabne kusoczki przez panią sklepową. Przed nami widok na dolinkę wyżłobioną przez górski strumień (dopływ Czeremoszu). Nad strumieniem kładka. Do kładki zbliża się zgrabna, młoda osóbka przyodziana w elegancko skrojony, żółty (czyli najmodniejszy w tym sezonie) kostium. Na nogach (sięgają aż do nieba) szpilki. My – jemy kiełbasę. Ona – niespiesznie zdejmuje szpilki, które następnie płucze w strumieniu.       Zakłada potężne gumowce. Wyciąga komórkę. Zaczyna się rozmowa (szpilki wdzięcznie kołyszą się w dziewczęcej dłoni). Dziewczyna z gracją przechodzi przez kładkę, a potem wspina się na pagórek. Wciąż rozmawia, wesoło pomachując pantofelkami. My – odpoczywamy na kamieniu i, pokrzepieni kusoczkami kiełbasy, popijamy chłodną wodę mineralną. Dziewczyna w żółtym kostiumiku i gumowcach – znika w lesie. To tylko jeden z ukraińskich obrazków.

     Trzeba było zmodyfikować plany tegorocznej wrześniowej wyprawy. Pojawiły się ważne terminy zawodowe i problemy. Delta Dunaju musi poczekać.

            Mając do dyspozycji zaledwie tydzień, postanowiliśmy poprzestać na Ukrainie –  odwiedzić Lwów, Gródek Jagielloński, zahaczyć o Stanisławów i Kołomyję i – w końcu – dotrzeć do krainy, gdzie szum Prutu, Czeremoszu hucułom przygrywa.

              Przy okazji chcieliśmy sprawdzić, czy uda się trafić na ślad rodzinnej legendy o zbóju Doboszu i gospodarzu Diduszce. Opisał ją w swojej książce o huculszczyźnie Na wysokiej połoninie jej wielki miłośnik i znawca, Stanisław Vinzenz.

              Wyprawa ukraińska zaczyna się krótkim przystankiem w Lublinie, gdzie obejrzeliśmy targi kulinarne, nabywając ręcznie robione krówki w różnych smakach. Mieliśmy zamiar częstować nimi dzieci. Nie udało się… Smakowite resztki dowieźliśmy do Warszawy i podarowaliśmy wnukom… Pierwszy obiad wyprawowy zjedliśmy w egzotycznej restauracji żydowskiej, którą Rysiek zapamiętał z jakiejś swojej naukowej bytności w Lublinie. Jak wyznał, zarobił wtedy sporo i pozwolił sobie na pyszny obiad. Małe co nieco było i tym razem wcale niezłe, ale największym atutem przystanku na przekąskę  okazał się ciekawy, urokliwy wystrój wnętrza.

     Kolejnym miejscem krótkiego postoju był Zamość. Pospacerowaliśmy chwilę (siąpił deszcz, co po upałach tego lata, napełniło nas radością i zdumieniem), podziwiając malownicze podwórka i … stare skutery (trafił się akurat zlot tychże w rynku). Jako świeżo upieczona właścicielka skutera poddałam się ich urokowi.

     Pełni optymizmu, najedzeni i ożywieni kawą ruszyliśmy na granicę. Jej przekroczenie okazało się względnie mało uciążliwe. W kolejce tkwiliśmy zaledwie godzinę i kilkanaście minut. Wokół działy się rzeczy dość zagadkowe: zabierano nam i odnoszono paszporty, przynoszono i odbierano jakieś dziwne kwitki, na których kolejne służby stawiały swoje tajemnicze znaczki. Machano na  nas energicznie z różnych stron. W końcu kazano jechać dalej. Tak znaleźliśmy się na ziemi ukraińskiej. Uff! Przed nami Lwów!

        Ale, ale… Trzeba by rzucić okiem na Żółkiew. To przecież po drodze. Byliśmy tam z ojcem Ryśka kilkanaście lat temu. Do tej pory pamiętam straszliwy widok odrapanych kościołów i rozsypującego się zamku. Na rynku stał saturator z kwasem chlebowym. Nie odważyłam się wtedy spróbować tego przysmaku… Rysiek – amator mocnych wrażeń – wypił napój z lepiącej się szklaneczki. No i żyje. Znowu znalazł się u wrót Żółkwi! Zjechaliśmy z obwodnicy, kierując się znakami, na drogę do centrum miasta. No i się zaczęło… Takiej drogi nie widziałam u nas nawet za czasów najgłębszego peerelu. Rzucało nami na wszystkie strony. Dzielny kierowca dokonywał cudów, żeby jakoś przedrzeć się do przodu. W dziurach tkwiły niekiedy opony. Przypominało mi to tyczki na jeziorze Śniardwy, gdzie chodzi o to, by żeglarze nie uderzyli w leżące na dnie kamienie. Tutaj opony przestrzegały kierowców przed szczególnie głębokimi dziurami. Opon było co nie miara, ale płytkich, a więc teoretycznie przejezdnych,  dziur wyroiło się przed nami tyle, że brnięcie do przodu stawało się podobne do karkołomnej cyrkowej sztuczki. Droga do centrum ciągnęła się w tej sytuacji w nieskończoność. Ale wszystko ma swój kres. Dojechaliśmy! Żółkiew przywitała nas mało gościnnie, ale samo miasteczko zmieniło się bardzo. I to na korzyść. Rynek oczyszczono. Zamiast brudnych saturatorów stoją tu teraz parasole, pod którymi panowie sączą pierwsze ekologiczne piwo ukraińskie i oglądają mecze (akurat leciał mecz Ukraina-Białoruś – eliminacje do MŚ). Dano nową nawierzchnię. Zamek wyremontowano. Działał bankomat. Kościoły również poddano rewitalizacji (uzyskano i wykorzystano dofinansowanie ze środków unijnych).

      Z nieco obolałymi od podskoków pośladkami, zaopatrzeni w ukraińską gotówkę pobraną z bankomatu, ruszyliśmy do Lwowa. Odnalezienie apartamentu trochę trwało. Parę razy okrążaliśmy naszą ulicę, borykając się z objazdami i ruchem jednokierunkowym. Znalezienie miejsca do parkowania też wymagało uwagi. W dodatku zapomnieliśmy zupełnie o zmianie czasu. We Lwowie było o godzinę później niż sądziliśmy! Nasz gospodarz kazał nam na siebie poczekać ładne pół godziny (a może i więcej), ale w końcu się pojawił. Na szczęście okazał się sympatycznym, młodym człowiekiem. W dodatku dobrze mówił po polsku (miał dziadka Polaka, ale potem rodzina już się narodowościowo mocno pomieszała). Pomógł nam wtaszczyć bagaże na piętro ładnej, secesyjnej kamienicy, w której mieścił się nasz czyściutki i całkiem elegancki, zaopatrzony we wszystkie potrzebne sprzęty apartament.  Bogatsi o dobre rady i wskazówki gospodarza (nie dawać łapówek, bo teraz Nasza Nowa Policja nie jest już w ogóle skorumpowana!) ruszyliśmy na podbój wieczornego Lwowa.

         Po drobnych zakupach w pobliskim sklepie (produkty spożywcze plus miejscowy koniak – na dobry początek) i rozejrzeniu się po najbliższej okolicy (prospekt Swobody) udaliśmy się na rekonesans. Prospekt Swobody – z deptakiem, na którym królowali emeryci chętni do rozegrania partii szachów – i z imponującym gmachem Opery, a przede wszystkim ogromny rynek tętniły życiem. Sobotni późny wieczór we Lwowie huczał od różnego rodzaju dźwięków. Trafiliśmy na pokaz milongi (wśród świetnie wytrenowanych, eleganckich par pojawiła się bezstresowa para wesołych naturszczyków, radośnie wywijających do taktu wszystkimi kończynami), parę kroków dalej produkował się zespół z Polski (akurat rozpoczynał się „festiwal współpracy”, czy coś takiego). Mało znana wokalistka śpiewała całkiem nieźle, ale była fatalnie ubrana. W powietrzu wirowały ogromne mydlane bańki (gdziekolwiek je widzę – we Wrocławiu, w Warszawie, w Krakowie, w Berlinie, czy jeszcze gdzieś tam – muszę się zatrzymać; jest w nich coś zachwycająco poetyckiego), bębny bębniły, ludzie śmiali się i robili fotki. Aż trudno uwierzyć, że rzecz się dzieje w kraju, w którym trwa wojna! Zaglądaliśmy do różnych knajpek, a ilość ich i rozmaitość okazała się przeogromna. W paru już zwolna kończono pracę (zbliżała się północ; z powodu przesunięcia czasu, o którym zapomnieliśmy, wyruszyliśmy na miasto nieco za późno), w końcu umościliśmy się w winiarni (a może był to pub?), gdzie nam zaserwowano całkiem dobre miejscowe, czerwone wino. Syci wrażeń wróciliśmy do naszego mieszkanka i, po kąpieli i koniaku, wskoczyliśmy pod kołderkę.

     Rankiem przyrządziliśmy sobie pyszne śniadanko z produktów polsko-ukraińskich i ruszyliśmy na kawę. Decyzja, gdzie zrobić sobie przerwę na kawę sprawiła nam spory kłopot, bo wszystkie mijane lokale wydawały się bardzo nęcące. Wypiliśmy ją w końcu w miejscu, które nazywało się ZOO Cafe. Za witryną zobaczyliśmy mnóstwo bawiących się, ślicznych kociąt. Skakały po półeczkach, bujały się na huśtawkach, baraszkowały wśród poduszek. Po wejściu i upewnieniu się, że dostaniemy tu espresso, usłyszeliśmy prośbę o umycie rąk. –  Koty można głaskać, ale nie można ich brać na ręce. – oznajmiła nam panienka zza baru. Piliśmy kawę i myśleliśmy o naszej koleżance – Grażynie, zadając sobie pytanie, czy zdołałaby w pełni dostosować się do zaleceń obsługi… Kafejka była sterylnie czysta i pastelowo- wesoła. Pomysł z kotami w kawiarni wydał nam się zabawny i oryginalny. Kawa okazała się smaczna, choć, jak na ukraińskie stosunki, wcale nie taka tania.

     Jako wrocławianka i polonistka bardzo chciałam zobaczyć lwowskie Ossolineum, miejsce gdzie bracia Ossolińscy zaczęli gromadzić swoje zbiory (i ja z nich korzystałam we Wrocławiu, moim mieście rodzinnym…). Obowiązkowa fotka na pamiątkę. A potem – niespodzianka. Instalacja (autorem był polski plastyk, niestety nie zapamiętaliśmy nazwiska) w formie drewnianej tężni, wewnątrz – zamiast ożywczych kropel solanki ułatwiającej oddychanie –  znalazły się różne przedmioty: stare księgi, np. Słownik języka polskiego Szobera, maszyny do pisania, ramy do obrazów, fotografie, fragmenty gazet … Weszliśmy do wnętrza tej tężni. Czy został tu ślad przeszłości? Wciągnęliśmy powietrze…

      Następnie udaliśmy się w stronę dawnego Parlamentu Galicyjskiego. Dziś jest tu uniwersytet. Zajrzeliśmy do środka. Wnętrze przypomina naszą warszawską Politechnikę. Przy okazji postanowiłam skorzystać z uniwersyteckiej toalety. Weszłam do olbrzymiego holu, białego i lśniącego (choć tu i ówdzie z lekka nadszarpniętego zębem czasu). Otworzyłam drzwi do kabiny. Wkroczyłam. Stanęłam nad porcelanową … dziurą, nad którą wisiała przepiękna niagara… Ach… Trzeba było sobie poradzić… Osłabiona  toaletowymi przeżyciami zawisłam na opiekuńczym ramieniu małżonka. Razem ruszyliśmy w stronę Katedry św. Jura. Ten cud architektury (ze złotym wnętrzem) pamiętaliśmy z poprzedniego pobytu. Teraz popatrzyliśmy nań tylko z zewnątrz (była niedziela, trwało nabożeństwo), posłuchaliśmy grzmiących basów śpiewających nabożne pieśni, obejrzeliśmy posąg metropolity Andrzeja Szeptyckiego. Trwa właśnie rok poświęcony jego pamięci. Ukraińcy, uważają go za swego duchowego przywódcę, darzą go wielkim szacunkiem i estymą, co odczuwa się na każdym kroku. Andrzej Szeptycki – o czym się nie pamięta – był wnukiem Aleksandra Fredry. Mama Metropolity – Zofia Szeptycka, z domu Fredro, była córką komediopisarza, którego pomnik przewędrował ze Lwowa do Wrocławia.

           Po wizycie u św. Jura przez park Ivana Franki (liście już zaczęły opadać) i kolejne ulice i uliczki dotarliśmy do naszej gastronomicznej przystani usytuowanej blisko naszego apartamentu, czyli lokalu pod nazwą Puzata chata. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że jest to miejsce warte uwagi. Urządzone w dziwnym, eklektycznym stylu, nieprzypominającym właściwie niczego innego (może trochę socrealizm, ale niezupełnie, bo piwniczka, gdzie podawano kawę i desery miała wystrój zupełnie inny, całkiem ładny – z pewnością nie socrealistyczny; może modernizm?) oferuje zabieganemu turyście (to my!) i strudzonemu urzędnikowi (to miejscowi) pyszne posiłki lokalnej kuchni  po bardzo przystępnych cenach. To znaczy – dla turystów z Polski są to ceny niskie. Dla Ukraińców – pewnie do zniesienia… Niektóre potrawy można brać na wynos (sałatka, którą kupiliśmy na wynos przed wyjazdem ze Lwowa, uchroniła nas od głodowej śmierci; po przybyciu do Wierchowyny wszystko, łącznie z barem hotelowym, było zamknięte!). Zajadaliśmy się tam warzywami z grilla (bakłażany!)  i małymi mięskami z kaszą lub opiekanymi ziemniakami. No i jeszcze serowymi babeczkami i rozmaitymi naleśnikami, pierożkami i sałatkami. Mniam. Wszystko podawane w małych porcjach ułożonych w zgrabnych, niewielkich miseczkach. Człowiek się nie przejadł a mógł spróbować wielu różnych potraw. Ideał. W Puzatej chacie byliśmy kilkakrotnie. Staraliśmy się popróbować różnych smakołyków. Wszystko było pyszne. No i tanie.

        W niedzielę wdrapaliśmy się jeszcze na Wysoki Zamek, skąd rozciągała się imponująca panorama miasta. Ponieważ chcieliśmy mieć przynajmniej jedną wspólną fotkę, poprosiliśmy o zrobienie zdjęcia ukraińską parę (na oko – naszych rówieśników). Uprzejmy fotograf objaśnił nas najpierw (w poprawnym języku polskim), gdzie znajduje się Cerkiew św. Jura (słyszał, że staraliśmy się ją umiejscowić) a potem ustawił nas pod dumnie powiewającą na szczycie wzgórza flagą ukraińską. Mieliśmy wrażenie, że takie usytuowanie turystów z Polski sprawiło mu sporą frajdę. Mocny akcent!  W drodze z Wysokiego Zamku złapała nas potężna ulewa. Na szczęście byliśmy uzbrojeni w spory parasol.

         Wieczorny posiłek – po wielu rozterkach – postanowiliśmy spożyć w restauracji, która zwróciła naszą uwagę pierwszego wieczoru – Atlas mieści się w rynku. Ma ładny wystrój, odwołuje się do polskiej historii. Na ścianach wiszą oryginalne karykatury sejmowe, jak nas z prawdziwą dumą objaśnił młody kelner. Zabrzmiało to tak, jakby współcześni lwowianie zaczęli się lekko snobować na Polskę i polską przeszłość miasta. W salach wyeksponowano stare napisy – nazwy sal, np. Śmietanówka (po polsku, rzecz jasna) a w niewielkim holu, którego strzeże rzeźbiona babcia klozetowa, przy eleganckim, europejskim wucecie zawieszono portret dawnego, przedwojennego właściciela, pana Edzia. Posiłek, choć smaczny i ładnie podany, trochę nas rozczarował. Porcje były mikroskopijne. Każdy składnik dania miał oddzielną cenę. Nie zauważyliśmy tego i, przekonani, że otrzymamy jakiś wypełniacz – ziemniaczki lub kaszkę, zrezygnowaliśmy z chleba (za darmo), który nam zaproponowała kelnerka. Moja kaczka z glazurowanym jabłkiem w ogóle nie smakowała kaczką. Jej smak, zbyt jak na mój gust wyrafinowany, był lekko czekoladowy. Glazurowane jabłko – to były trzy ćwiarteczki glazurowanego jabłka… No ale wypiliśmy po lampce wina (100 ml) i w niezłych humorach kontynuowaliśmy wieczorny spacer. Gwar! Hałas! Ruch! To wrażenie podekscytowania, zamieszania i pędu było niesłychanie intensywne. Nie widać śladów wojny. Jedynie w pubach i winiarniach, gdzie zaglądaliśmy podczas spaceru, stały puszki, do których zbierano datki na armię ukraińską… Na ulicach można było zauważyć niekiedy bilbordy Nasi bohaterowie – z wizerunkami mężczyzn w mundurach. To wszystko. Lwów się bawił.

   Następnego poranka ruszyliśmy do Gródka Jagiellońskiego, by pospacerować szlakami Taty. Miasteczko zmieniło się niewiele. Dokończono (rozpoczętą kilka lat temu, za naszej poprzedniej bytności) rewitalizację klasztoru pofranciszkańskiego, gdzie jest obecnie cerkiew greko- katolicka. Kościół wygląda bardzo porządnie. Odbyliśmy spacer wokół stawu, idąc w kierunku nieistniejącej już dziś dzielnicy żydowskiej. Popatrzyliśmy na malowniczą Wereszycę o bystrym nurcie. Odnaleźliśmy szkołę, do której chodził tatuś. Drogę wskazała nam starsza pani. Dobrze mówiła po polsku. Zajrzeliśmy też do kościoła katolickiego, w rynku. To kościół polski. Wszystkie napisy były tam w języku polskim. Z ilości kółek modlitewnych można wnosić, że i obecnie w Gródku mieszka sporo Polaków. Zajrzeliśmy do barku (czysta toaleta, ale… z dziurą!; brr), gdzie, lekko zmarznięta, wypiłam kolejny koniaczek (tak tani i smaczny, że nie zamierzałam się wcale powstrzymywać). Kupiliśmy pieczywo w miejscowej piekarni (co okazało się błędem, bo było raczej niejadalne… no, może chleb nie był taki zły…). Zrobiłam zdjęcie ratusza, gdzie władze ukraińskie współpracujące w czasie okupacji z Niemcami, przetrzymywały tatę (i paru jego rówieśników), o czym nam wielokrotnie opowiadał (nic dziwnego; wszystko mogło skończyć się niewesoło; to wspomnienie pozostało mu do końca życia).

            W końcu, lekko zemocjonowani, pojechaliśmy zobaczyć miejsce, gdzie stał dom rodziny Diduszków. Poprzednio wyglądał jak rudera. Rozpadał się. Obawialiśmy się, że teraz może go już po prostu nie być. Okazało się jednak, że lokatorzy – menele, którzy go wówczas zajmowali, już tam nie mieszkają. Na miejscu zastaliśmy panią (na oko – naszą rówieśniczkę), córkę ukraińskich, powojennych właścicieli. Zapytaliśmy, czy w tym domu mieszkała przed wojną polska rodzina (nie byliśmy pewni, czy trafiliśmy na właściwą posesję). Pani potwierdziła, informując nas uprzejmie, że była to rodzina Diduszko. Gdy Rysiek się przedstawił, z uśmiechem zaprosiła nas do środka. Okazało się, że pamięta tatę i jego wizytę w Gródku w latach siedemdziesiątych. Zachowała nawet zdjęcia. Okazało się, że wraz z mężem szykuje sobie dom po rodzicach na stare lata. Prowadzą remont. Planują zagospodarowanie przestrzeni dookoła. Bardzo nam ulżyło. Pamiętaliśmy jak bardzo zasmucony był tatuś, kiedy zobaczył swoje rodzinne domostwo w ruinie. Na pewno ucieszyłoby go, że dom stoi, jest zadbany i będzie coraz ładniejszy.

         Kolejne popołudnie i wieczór we Lwowie znów upłynął nam na spacerach po tętniącym życiem centrum. Marszandzi sprzedawali książki i starocie (oczywiście wśród nich było sporo polskich pamiątek – sztućców, waz, obrazów). Na bazarze, jak to w takich miejscach, szwarc, mydło i powidło. Na straganach leżał na przykład papier toaletowy. Niby nic dziwnego. Tyle, że ten  przyozdobiono wizerunkiem Putina! Uderzała mnogość  strojów z motywami ludowymi. Niemal na każdym stoisku można było kupić (najwyraźniej bardzo tu popularne) sukienki, bluzki i najróżniejsze żakieciki ozdobione haftami ukraińskimi. Potem oglądaliśmy oświetlone zachodzącym słońcem kościoły, do których można było teraz wejść swobodnie (bo był to już poniedziałek). Wszystkie zadbane i piękne. W dawnym kościele ojców Dominikanów (obecnie – cerkiew greko-katolicka) trafiliśmy na straszliwy koncert, który, niestety, uniemożliwił podziwianie wnętrza. Pewna pani (nie wiadomo jak się nazywała), ale z pewnością jakaś zasłużona artystka, śpiewała potwornym sopranem (któremu towarzyszył kościelny pogłos) rozmaite pieśni nabożne. Mordowała tak na przykład Ave Maria Schuberta. To było naprawdę nie do zniesienia. Jednak publiczność biła brawo… Urzekła mnie natomiast  Cerkiew Uspieńska i lwy strzegące pobliskiej Baszty Prochowej. Z jednego z kościołów wychodzili akurat, po ceremonii zaślubin, goście weselni. Panowie (w różnym wieku) ubrani byli w koszule ozdobione ludowym haftem. Taka tu moda. Ludowe hafty i kolory narodowe w ubraniach widzi się często. Nic dziwnego, że tak chętnie handluje się nimi na bazarze.

     Lwowską kolację pożegnalną postanowiliśmy zjeść w restauracji ormiańskiej, znajdującej się w pobliżu przepięknej ormiańskiej katedry (na jej dziedzińcu podziwialiśmy niezwykły ołtarz, pięknie wyrzeźbiony w drewnie). Tym razem jedzenie okazało się pyszne.  Spożyłam wspaniałą rybę, a Rysiek jagnięce żeberka. Popiliśmy wszystko wybornym winem z Odessy (żeby się nie rozdrabniać, zamówiliśmy całą butelkę). Na deser poprosiliśmy o lody. Były znakomite.

           Po tej uczcie powłóczyliśmy się jeszcze trochę po wieczornym Lwowie i nieco zmęczeni wrażeniami i winem udaliśmy się na spoczynek. Następnego dnia z pewnym żalem opuszczaliśmy gwarny Lwów. Pewnie znowu tu wrócimy. Może tym razem w towarzystwie przyjaciół? Na pożegnanie wpadliśmy (po raz ostatni – ach, jaka szkoda!) na śniadanie i kawę do naszej Puzatej Chaty, po czym, uzbrojeni w mapy, ruszyliśmy w stronę huculszczyzny. Czy uda się natrafić na  ślad wrednego zbója Dobosza, zabójcy gospodarza Diduszki? Nie wiadomo… To się dopiero okaże.

      Po drodze chcieliśmy zobaczyć Stanisławów. To piękne niegdyś miasto (fotografie dawnego Stanisławowa mieliśmy okazję zobaczyć na miejscu –  wisiały na ścianach kawiarni w rynku; najwidoczniej Stanisławów również zaczął odwoływać się do swojej polskiej przeszłości) robi teraz nieprzyjemne wrażenie. Dokonała się tu z jednej strony sowietyzacja przestrzeni miejskiej, z drugiej – zewsząd atakuje agresywny, młody kapitalizm. Pomiędzy secesyjne kamienice poutykano jakieś dziwne pawilony, przybudówki i inne paskudy. Wszędzie kramy, jakieś stragany… Fasady pozakrywano ohydnymi szyldami i reklamami (wygląda to znacznie gorzej niż u nas). Wrażenie chaosu przestrzennego. Nieprzyjemne. Męczące. Na szczęście trafiliśmy na miłą dla oka i spokojną enklawę – plac Metropolity Szeptyckiego. Jedyne (takie odnieśliśmy wrażenie) miejsce, w którym można mówić o ładzie architektonicznym i estetyce.

      Zupełnie inne wrażenie zrobiła na nas znacznie mniejsza Kołomyja. Miasto wygląda trochę tak jak nasz warszawski Nowy Świat o poranku (kiedy jeszcze nie ma tłoku). Spokój. Ładne, czyste – jedno- i dwupiętrowe kamienice. Przyjemne, choć niespecjalnie przestylizowane knajpki (w jednej z nich zjedliśmy niezły obiad). Wrażenie porządku. Na rynku, w widocznym miejscu – ślad toczącej się wojny. Czarna tablica. Na niej wiersz i fotografie poległych żołnierzy. Pod każdym zdjęciem imię, nazwisko, data urodzenia i śmierci. Młodzi ludzie. Niektórzy – bardzo młodzi. Wiersz przysłonięty kwiatami i wieńcami, więc nie zdołałam go przeczytać.

          Z Kołomyi ruszyliśmy ochoczo w dalszą drogę. Jednak okazało się wkrótce, że wyznaczenie sobie celu, do którego chce się dotrzeć oraz przestudiowanie mapy, to stanowczo za mało, by ten cel osiągnąć. Oznakowanie dróg jest takie, że już po kilkunastu kilometrach znaleźliśmy się zupełnie nie tam, gdzie zamierzaliśmy. Trzeba było zasięgnąć języka…

      Język okazał się chętny do współpracy. Wskoczył do naszego samochodu i oświadczył, że nam pokaże dobrą drogę a przy okazji podjedzie z nami, bo mu się akurat popsuł samochód. Z pewną zazdrością obserwował naszego volviaka i pomrukiwał, że na Ukrainie ludzie żyją  biedniej niż w Polsce. Język przewiózł nas po straszliwych dziurach (żołądek miałam w gardle), pokazując, żebyśmy jechali tak, a potem to – tak i tak… Wysiadł. Pojechaliśmy. Dziury wciąż były niewyobrażalnie wielkie. Uprawialiśmy prawdziwy slalom, w związku z czym, zamiast patrzeć na przecudne krajobrazy okolic Kosowa, wlepialiśmy oczy w drogę, już to wydając okrzyki i podskakując (ja), już to manipulując kierownicą z cyrkową zręcznością (Rysiek). Mijaliśmy rozliczne cerkiewki, jedne – malownicze, inne –  niesamowite (jedna wyglądem przypominała zrobioną z papierków po cukierkach szopkę krakowską, tyle, że była w dwóch kolorach – ostrobłękitnym i ostrozłotym), pastwiska na zboczach, świerkowe lasy (ale drzewa wydawały się niższe niż u nas, przypominały nam szwedzkie lasy Smålandii).

               W końcu z westchnieniem ulgi minęliśmy Bukowiec, co oznaczało, że zbliżamy się do Wierchowyny. Przed wojną miejscowość ta nosiła nazwę Żabie. To właśnie tutaj przybywały na wędrówki harcerskie obozy z Warszawy, Kielc, Krakowa… Być może miejscowość tę odwiedziła i moja mama – harcerka. Już tego niestety nie sprawdzę. Właśnie od niej nauczyłam się pieśni Czerwony pas. Teraz mogłam zrobić zdjęcie Czeremoszu. Przepływa przez Wierchowynę…

         Jakimś cudem, z żołądkiem w gardle i duszą na ramieniu, po prawdziwie morderczej podróży udało się i nam  dotrzeć do serca huculszczyzny. Tak nazywane bywa Żabie. W samym centrum, tuż przed hotelem, w którym w końcu zamieszkaliśmy, ustawiono  okazały pomnik Ivana Franki. To właśnie ojciec narodowej poezji ukraińskiej nazwał Żabie sercem huculszczyzny, co zostało skrzętnie odnotowane na cokole… Hotel z widokiem na pomnik Ivana Franki był nam najwidoczniej pisany, choć zamierzaliśmy zanocować w gospodarstwie agroturystycznym. W Internecie znaleźliśmy nawet rozmaite adresy, ale żaden z zaczepianych przez nas przechodniów, dość co prawda nielicznych, nie potrafił wytłumaczyć, jak trafić do takiego gospodarstwa. Być może pytaliśmy niewłaściwe osoby. Koniec końców, wykończeni karkołomną podróżą, postanowiliśmy skorzystać z usług hotelu. Był czysty, tani, europejski i modny (tak zapewne wyobrażał sobie modę jego właściciel). Niestety nie miał w sobie nic z lokalnego klimatu, na który tak liczyliśmy. Okazało się również, że bar-bistro zamykano w nim wyjątkowo wcześnie. Najwidoczniej pracownicy baru mają związki zawodowe bardzo skutecznie walczące o prawa pracowników. Na szczęście my mieliśmy naszą niezawodną lodówkę a w niej produkty zakupione w Polsce i we Lwowie. Wśród nich i wino, i koniaczek, i sałatka z Puzatej chaty. Kto ze sobą nosi, nikogo nie prosi. Wieczorna Wierchowyna nie okazała się ani specjalnie przyjazna (wszystko pozamykane), ani malownicza (naprzeciw hotelu znajdował się pasaż handlowy, gdzie już niczym nie handlowano, przyozdobiony nieładnymi, za to bardzo kolorowymi szyldami).

        Pospacerowaliśmy trochę po opustoszałych uliczkach, no i w końcu trafiliśmy na coś, co okazało się ciekawe. Centrum informacji turystycznej! Pełnił w nim dyżur barczysty, wąsaty, ogorzały  mężczyzna. Nabyliśmy u niego mapy okolic i wypytaliśmy o rozmaite trasy. W czasie rozmowy wyszło na jaw, że nasz dyżurny zna historię o gospodarzu Diduszce i zbóju Doboszu. Na wieść o tym, że stoi przed nim przybyły z Warszawy Ryszard Diduszko we własnej osobie, opowiedział nam ją ochoczo. Wersja naszego rozmówcy odbiegała jednak od tej opisanej przez Vinzenza. Komu wierzyć? W każdym razie ogorzały informator (widać, że wielokrotnie przemierzył opisywane trasy) powiedział nam, że wieś, gdzie w XVIII wieku miało miejsce to dramatyczne wydarzenie, nazywa się obecnie Krasnoilia. Pokazał, gdzie to jest i – z grubsza (bardzo z grubsza, jak się dowiedzieliśmy następnego dnia),  jak tam dojść. Spojrzeliśmy w niebo. Gwiazdy były na swoim miejscu. Duuuużo gwiazd, co oznaczało piękną pogodę następnego dnia. Po kolacji spożytej na podłodze (za stolik posłużyła nam niziutka szafka nocna)  w naszym pokoiku, co prawda estetycznym i nowoczesnym (beton i stal…), ale straszliwie ciasnym (za to przyozdobionym wielkim ekranem telewizora) udaliśmy się na wyjątkowo zasłużony wypoczynek. Po zamknięciu oczu wciąż jeszcze widziałam (Rysiek chyba też) wstęgę szos pociętą dziurami… niby szwajcarski ser. Brrrr…

        Ranek powitał nas słońcem i – o dziwo – otwartym barem-bistro, gdzie miła panienka zaproponowała nam różne dania śniadaniowe. Była wśród nich jajecznia (tak się po ukraińsku nazywa!), która – ku naszemu zdumieniu – okazała się daniem złożonym z dwóch jajek sadzonych. Po spożyciu śniadania udaliśmy się do pasażu handlowego (już działał) i nabyliśmy nieco zapasów na drogę, bo – przewidywaliśmy, że wycieczka może okazać się dość długa.

             Niemal zaraz za węgłem, dosłownie na samym początku naszego szlaku, natrafiliśmy na urocze gospodarstwo agroturystyczne! Moją pierwszą myślą było – by się tam zaraz przenieść. Jednak bardziej nam zależało na wycieczce a przenosiny zabrałyby jednak trochę cennego czasu. Domki ze świeżego drewna, z którego zbudowano  tę romantyczną, huculską (lub też tak wystylizowaną) sadybę, czekały na turystów. Dwaj pracownicy rozpalali właśnie ogień pod czaną, czyli olbrzymią kadzią, w której można było zażywać kąpieli w wodzie mineralnej o właściwościach leczniczych (nie wiadomo dokładnie, na co miała pomagać taka kąpiel, ale z pewnością było to coś bardzo istotnego). Obeszliśmy sadybę, pogadaliśmy (my po polsku, oni po ukraińsku) z obsługą i… ruszyliśmy w drogę.

          Było warto. Szliśmy przez pięknie położone wsie o ciekawej architekturze – i drewnianej (rzadziej), i… blaszanej (!). Współcześnie budowane domy zdobione są podobnie jak te dawne, tyle, że elementy dawniej drewniane zastępowane są nie mniej misternie zdobionymi elementami z blachy. Robi to dziwne wrażenie, ale jest… ładne. Widać ludzkie staranie o ozdobność. Wzory i wzorki pozostały takie same. Zmienił się materiał. Znak czasu? Zawędrowaliśmy na Magurę (najwidoczniej każde pasmo górskie słowiańszczyzny  ma swoją Magurę…). Odpoczęliśmy przy drewnianym domku, w którym znajdował się… niewielki sklepik. Rysiek (jak to on) wypił piwko, ja zjadłam lody. W pewnym momencie ze sklepu wychynęła pani sklepowa i śpiewnie zawołała: Hanuuusia, Hanuuuusia!!. Lekko struchlałam. Tak zwracała się do mnie mama. Tak mówiła do mnie babcia. Ale Hanusia wołana przez panią sklepową miała te swoje szesnaście lat, kusą spódniczkę i właśnie wybrała się z wizytą do chłopaków – robotników, którzy rezydowali w drewnianej szopce naprzeciw drogi (chyba mieli akurat przerwę obiadową).

          Z nowymi siłami – po piwku i lodach – ruszyliśmy dalej, wciąż pod górę. Wokół było pięknie – zielono, kwieciście i pachnąco (już dawno po sianokosach). Otaczały nas łagodne góry porośnięte trawą. Wielkie przestrzenie. Połoniny… Rześkie, czyste powietrze, słońce. Cudna pogoda na wędrówkę. W końcu dotarliśmy do wsi z tabliczką Krasnoilia. Pod sklepikiem Rysiek wszczął rozmowę z miejscowymi. Znali historię Diduszki i Dobosza. Co więcej – oświadczyli, że Diduszków u nas bohato! i poradzili, by udać się do centrum wsi, oddalonego o 3 km (wsie huculskie wydały mi się wyjątkowo długie…). Tam wciąż istnieją gospodarstwa Diduszków. Nie wszystkich Dobosz załatwił. To porządni gospodarze. Z niejakim żalem musieliśmy zrezygnować z odwiedzin u rodziny, decydując się na powrót szlakiem górskim do naszej Wierchowyny. Miejscowi początkowo nie bardzo mogli zrozumieć, dlaczego nie chcemy skorzystać z przejazdu marszrutką (czyli wszędobylskim busikiem, który, choć wydaje się to niewykonalne, jest w stanie – widzieliśmy to na własne oczy – przejechać każdą tamtejszą drogę). Jednak, gdy dotarło do nich, że chcemy iść na piechotę, by podziwiać krajobrazy, przyjęli to z dużym uznaniem i nawet pokazali kierunek.

              Ruszyliśmy zatem pod górkę, w kierunku wskazanym przez naszych interlokutorów. Piękna to była droga. Szliśmy przez pastwiska. W tamtym rejonie są one pieczołowicie pogrodzone. Pieszy wędrowiec nie ma innego wyjścia – musi przełazić ponad żerdziami (korzystając ze specjalnych schodków lub podnosząc żerdź ku górze), o co nikt (taką przynajmniej mieliśmy nadzieję) nie ma pretensji. Płoty są przeszkodą dla zwierząt, nie dla ludzi (jak to bywa na naszych pogrodzonych osiedlach). Mijaliśmy całe mnóstwo zwierzaków – wielkookie krowy, podzwaniające dzwonkami, cielątka i cielisie, jałóweczki, kobyłki i źrebaki, zaskakująco piękne konisie, wyglądające jak rasowe konie wyścigowe – z cienkimi pęcinkami i nerwowymi chrapami (jeden towarzyszył nam spory kawałek, szedł z nami wzdłuż strumienia, aż do końca swojego pastwiska; my przeszliśmy na drugą stronę płotu, on – został). Raz nawet trafił się wcale pokaźny… byk. Na szczęście – w momencie, kiedy go mijaliśmy (nie był uwiązany!), interesował się akurat koleżanką. Z uznaniem spoglądał na dorodną krowę. Uff! Uszliśmy z życiem (swój czerwony polarek zwinęłam na wszelki wypadek w kulkę  i wcisnęłam pod pachę). Był jeszcze kot, którego Rysiek nakarmił naszą kiełbasą (potem okazało się, że przy okazji zgubił moją ulubioną bluzę z kapturem; wziął ją, niestety, do swojego plecaka, żeby mi ulżyć…). Były też bagna i mokradełka i kłujące krzaki dzikich róż. Był lekki wietrzyk i słońce, co świeciło, ale nie paliło. Było błękitne niebo i strumień skaczący po skałach.

              W końcu zeszliśmy w dolinę. Bardzo zmęczeni. Bardzo głodni. Bardzo szczęśliwi. Spotkana młoda kobieta obiecała podprowadzić nas do sklepu, gdzie można zjeść coś na ciepło. Żeby dotrzeć do sklepiku, trzeba było przejść ponad Czeremoszem. Nasza przewodniczka (z dwójka maluchów – 3,5 letnią dziewczynką i 2,5 letnim chłopaczkiem) ruszyła przodem. My za nią. Wszystko szło świetnie. Okazało się jednak, że most jest wiszący. Chybotał się na wszystkie strony. Lepiej było nie patrzeć w dół. Brakowało desek. Dziewczyna z dzieciakami biegła jak ta łania. Ja lazłam trzymając się łańcucha i z lekkim obłędem w oku (prawym i w lewym chyba też). Rysiek gnał za przewodniczką i zachęcał mnie do pokonywania przestrzeni dziarskimi okrzykami: Hanula, dasz radę! Dasz radę!. No i dałam. Co było robić… W nagrodę zjedliśmy pyszne pierogi, które nam ugotowano w sklepie. Rysiek wypił kolejne piwo (a nawet dwa), ja wodę. Wszystko kosztowało ok. 10 złotych (gdyby to przeliczyć na złotówki). Do hotelu dotarliśmy wykończeni, ale syci wrażeń. Mieliśmy w nogach dobrze ponad 20 kilometrów. To był przepiękny dzień. Jeden z tych , które ma się pod powiekami przez długie jesienne i zimowe wieczory. I to przez wiele lat. Tak wspominam moje pierwsze wędrówki po Tatrach Zachodnich, Bieszczady…

               Kolejny dzień rozpoczęliśmy od smacznej kawy z ekspresu zakupionej w sklepie (już we Lwowie zauważyliśmy, że niemal każdy sklep spożywczy jest zaopatrzony w ekspres, na którym widnieje zapisane bukwami,  swojsko brzmiące pytanie: Może kawy?…). Potem udaliśmy się do pasażu handlowego, gdzie wcześniej zauważyliśmy sklep z pamiątkami z Ukrainy. Chcieliśmy kupić prezent dla Maćka (kolejny raz urodziny Naszej Najmłodszej Pociechy świętowaliśmy z daleka od Dziecka, które urodziło się 7 września; no a my wtedy, odkąd przestałam pracować w szkole,  podróżujemy…). Nabyliśmy oryginalną kołdrę huculską – ładną, leciutką i ciepłą (z owczej wełny– miękkiej i przytulnej z jednej strony i bawełny – z drugiej), dla dziewczyn – kilka lnianych torebek na ramię (Basi bardzo się prezent spodobał) i ziółka karpackie (dla mojej siostry, amatorki różnych zdrowych herbatek). Po chwili wróciłam jeszcze po torebeczkę w ludowe róże – dla naszej wnuczki Róży…

           Tymczasem w hotelu szczęśliwie otwarto bar-bistro (zaczynają tam pracę wyjątkowo późno, za to kończą wyjątkowo wcześnie!), gdzie udało nam się zjeść niezłe śniadanie. Ja poprosiłam o danie typowo huculskie i dostałam zapiekane w kamiennym garnuszku placuszki z ziemniaków w smakowitym, lekkim sosie (identyczne danie zjadłam tego samego dnia na obiad; też poprosiłam o coś typowo huculskiego; nazywało się jakoś inaczej i było nieco większe, ale smakowało tak samo). Rysiek poprzestał na pierożkach. Z powrotem wiedzieliśmy na pewno którędy NIE powinniśmy jechać.

               Tym razem droga, choć nie można jej było uznać za w pełni komfortową, przypominała przynajmniej drogę, czyli coś, po czym można było się poruszać samochodem. Jadąc mogliśmy bezpiecznie obserwować okolice. Zatrzymywaliśmy się jeszcze kilka razy, by rzucić okiem na mijane miejscowości. Jechaliśmy przez rejony turystyczne. Widać było, że jest już po sezonie. Ruch był niewielki. Na szczęście udało nam się złowić parę ślicznych wyrobów do naszego podlaskiego domu i zaopatrzyć się w rozmaite regionalne pamiątki –  prezenty dla dzieci i wnuków. Ja nabyłam śliczną chustkę, w wielkie kwiaty (wzór huculski; sprzedawczyni w Wierchowynie, którą pytałam o chusty huculskie, przyznała uczciwie, że chustki, które ma w swoim sklepie to chustki rosyjskie i, ze stratą dla siebie, odradziła mi kupna!). Przy drodze zakupiliśmy prawdziwki w olbrzymim słoiku (na szczęście, bo po tegorocznej suszy – grzybów wciąż nie widać) i po ostatnim przystanku w fantastycznie wielkim motelu (sale obliczone na kilkusetosobowe przyjęcia świeciły pustkami; a nas obsługiwało trzech kelnerów), gdzie zjedliśmy ostatni, ukraiński posiłek, ruszyliśmy ku przejściu granicznemu. Dojazd do przejścia Krakowiec był świetnie oznaczony, droga – wreszcie! – znakomita, czyli po prostu normalna. Zadowoleni dotarliśmy do przejścia, zamierzając zanocować w Zamościu. Jednak nie było nam to dane. Czekaliśmy  dwie i pół godziny. Okazało się, że to dopiero początek. Zabierano nam paszporty i przynoszono je z powrotem. Przynoszono nam jakieś kwitki i zabierano je z powrotem. Czyli początkowo wszystko odbywało się z grubsza normalnie. Wiedzieliśmy, że trzeba czekać. Uzbroiliśmy się w cierpliwość. Kiedy już wydawało się, że znaleźliśmy się na prostej, czyli po polskiej stronie, pan celnik spojrzał na nas jakoś dziwnie i oświadczył, żebyśmy przejechali na specjalny pas, ponieważ samochód zostanie poddany szczegółowej kontroli… Znaleźliśmy się na pasie dla… przemytników. Nie wiadomo, czemu trafił nam się taki los. Rysiek próbował mnie nawet obarczać winą (niby żartował, ale kto go tam wie…), że to niby niepotrzebnie wdawałam się w rozmowy z celniczką. Rzeczywiście, lekko wkurzona przedłużającym się oczekiwaniem, zapytałam w pewnym momencie, czy to wszystko musi trwać tak straszliwie długo… Zastanawialiśmy się też, czy nie zawiniły tu karpackie ziółka zakupione w sklepiku w Wierchowynie. Celnicy przyglądali się im wyjątkowo długo… Tak, czy inaczej czekaliśmy i czekaliśmy. Prawdopodobnie po prostu co jakiś czas, losowo kieruje się do szczegółowej kontroli takich jak my pechowych wybrańców, których sprawdza się tak jak prawdziwych, doskonale znanych celnikom, przemytników, specjalistów od przewożenia kontrabandy.  Byliśmy świadkami, jak celnicy ukraińscy przyjmowali łapówkę (tu jeszcze najwidoczniej nie dotarła święta walka z korupcją). Polacy łapówek nie brali (chyba…), ale za to czerpali widoczną satysfakcję z przechwytywania nielegalnych towarów. To było widać. Patrzyłam ze współczuciem na kobiecinę, którą posadzono obok mnie a potem zabrano na kontrolę osobistą (ja jakoś szczęśliwie uniknęłam tego losu). Polscy celnicy pokazywali sobie, gdzie ma w kurtce zaszyte papierosy… Nasz samochód znalazł się na tunelu. Wszystkie bagaże kazano nam wyładować na rampę. Samochód obstukano ze wszystkich stron. Trwało to dość długo. Przyjemnie nie było. Przypomniałam sobie przykre przeżycia podczas podróży z Węgier (w latach siedemdziesiątych), gdy wracałam z mamą z Budapesztu. Celnik grzebał mi wtedy w walizce, wyciągając z niej moje bluzki, staniczki i majtki, i z obrzydliwym uśmiechem wypytywał, co też przewożę (kupiłam sobie wtedy modne buty, szorty i bluzkę – to była cała moja kontrabanda). Wreszcie pozwolono nam łaskawie przejechać. Była godzina 1.30. Na granicy spędziliśmy ponad 5 godzin. Ruszyliśmy w stronę Jarosławia, czyli najbliższego miasta po stronie polskiej. Tam pewnie trzeba będzie przenocować. Jednak po drodze (jakieś 20 km za nieszczęsną granicą) natrafiliśmy na ładny, spory motel z restauracją. Czuliśmy się zmęczeni i… brudni. Weszliśmy do holu. Recepcjonistka dała nam klucz do pokoju. A my wzięliśmy z auta tylko białe wino. Pokój był ładny i wygodny, łazienka – olbrzymia. Zrobiliśmy sobie całą wannę piany i wypiliśmy butelkę białego wina. Trzeba było jakoś zmyć z siebie te graniczne przejścia! Rano popływaliśmy w pięknym basenie, odprężyliśmy się w jaccuzi (w cenie noclegu) i zjedliśmy pyszne, urozmaicone śniadanie. Tak. Bycie Caringtonami miewa swoje dobre strony! Nocleg był udany. No i w ten sposób zakończyła się ukraińska przygoda.

        W naszym podlaskim domu można teraz oglądać huculski pled i kilim. Ja nie mogę się rozstać z moją nową huculską chustą. Noszę ją do wszystkiego.Koniaku już nie ma. Był za dobry.

 

2 odpowiedzi do “Lwów pełen gwaru, slalom dziurawą wstęgą szos i wędrówka szlakiem zbója Dobosza czyli spotkanie z Ukrainą”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *