Szaleństwo prześnionej baśni…

 

Piotr Rychel, Kot w jednym bucie. Baśń dla dorosłych (i dla dzieci). Ilustracje: Piotr Rychel. Wydawnictwo Bajka. Warszawa 2023

 

              Jeżeli śnią się komuś szalone sny, gdzie niemal wszystko  może się zdarzyć, gdzie mieszają się motywy ze znanych baśni (choć oblicza bohaterów bywają zaskakująco inne) a poprzez kolejne fazy snu przebiega koza jakby wyjęta z ram obrazów Chagalla, czy opowiadań Singera, to, jako czytelnik opowieści Piotra Rychla, znajdzie się w swoim, dobrze znanym świecie.

              Literacki debiut grafika, absolwenta wrocławskiej ASP, współpracownika Misia (w latach 2004 – 2008 jego redaktora naczelnego), Świerszczyka, twórcy ilustracji do podręczników i wizerunku uwielbianego detektywa Pozytywki (którego postać wymyślił Grzegorz Kasdepke) wydaje się udany.

                        Autor prowadzi czytelnika poprzez kolejne, nieco chaotyczne (jak to we śnie bywa) przygody Kota w jednym bucie (nazwanego Maćkiem) i każe mu od czasu do czasu opowiadać  niestworzone historie, w których daje upust swojej nieskrępowanej żadnymi ograniczeniami wyobraźni. Odnajdujemy tu pęd zmian, nie zawsze logicznych, ale za to dynamicznych i malowniczych jak malarskie, operujące przyciemnionymi, stonowanymi barwami, tętniące swobodą i humorem ilustracje.

               Autorowi udało się bardzo zręcznie wykreować postać tytułowego bohatera. Nie jest to po prostu zantropomorfizowana postać kota (co w bajkach i baśniach jest od czasów Ezopa zabiegiem powszechnie stosowanym), która ma pełnić rolę pośrednika wiodącego do odkrycia morału. O żadnych pouczeniach nie ma tu mowy. Maciek jest stanowczo bardziej człowiekiem (ściślej – chłopcem) niż czymkolwiek/kimkolwiek innym (sam uważa, że przy odrobinie dobrej woli można go uważać za człowieka…). Ma ręce i nogi (a nie łapy), zostaje znaleziony w bocianim gnieździe przez bezdzietne małżeństwo Annę i Artura (zwanych przez współmieszkańców wsi Kusowizna Dziadem i Babą), którzy, co prawda, doskonale wiedzą, że bociany dzieci nie przynoszą, ale Kota w jednym bucie zaczynają uważać po trosze za własne dziecko, co w dużym stopniu zaspokaja ich tęsknotę za potomkiem… Może dlatego nadają mu ludzkie imię. Kot w jednym bucie nie znosi wody (jak inne koty), ale to awersja czysto teoretyczna… Zachwyca go piękno i bezmiar morza, czuje nieodparty zew przygody, zupełnie jakby był stojącym u progu życia człowiekiem, który niespodziewanie znalazł się nad brzegiem wielkiej wody z możliwością odbycia wyprawy w nieznane… Kot w jednym bucie gna  przed siebie, wpada (poprzez dziuplę w starej wierzbie) w jakieś dziwne krainy oraz pułapki własnych pragnień (wyłowione siatką na motyle spadające gwiazdy, mające spełniać marzenia, okazują się, dosłownie, zbyt ciężkim bagażem). Nie bardzo jeszcze potrafi odróżniać uczynki szlachetne od tych nieszlachetnych, ale – na szczęście – ma intuicję i… wyrzuty sumienia, co, ostatecznie, pozwala mu, przynajmniej częściowo, naprawiać błędy. Jest zupełnie jak dziecko, które poprzez doświadczenia uczy się dopiero rozpoznawania wartości. No i zmyśla na potęgę! Po co? Żeby było intrygująco, wzruszająco, żeby przykuć uwagę słuchacza i zwrócić ją na siebie. Byleby tylko nie było  zwyczajnie… Znamy takich małoletnich zmyślaczy-opowiadaczy, którym prawda często myli się z fantazjowaniem… Szybko utożsamią się z tytułowym bohaterem.

                Choć w kolejnych przygodach Maćka można się dopatrywać poetyki snu, to, jak to również we śnie bywa, ma się ogólne wrażenie logiczności całej opowieści, która – w rezultacie – prowadzi do szczęśliwego zakończenia, podnoszącego czytelnika na duchu i pozostawiającego mu miłe uczucie spokoju, bezpieczeństwa i spełnienia (Maciek trafia w końcu z powrotem do Dziada i Baby…)

                Piotr Rychel, który zaznaczył w podtytule, że mamy do czynienia z baśnią dla dorosłych (i dla dzieci), często mruga okiem do dorosłego pośrednika w lekturze. Serwuje mu nawiązania do rozmaitych tropów kulturowych. Tak się dzieje, na przykład, za sprawą wspomnianego motywu Chagalowskiej  (czy może Singerowskiej) kozy-żywicielki, czy napisu Deus ex machina umieszczonego na balonie, którym nie wiadomo skąd przyleciał aeronauta, by zabrać w podróż Maćka i wróżkę Wiktorię. Autor pozwala też odnajdować dojrzałemu odbiorcy w niektórych scenach, czy w niektórych postaciach obrazki, czy osoby dobrze mu znane  z rzeczywistości. Na przykład Artur i Anna, czyli Dziad i Baba, opisywani jako dla młodych stare, a dla starych jeszcze młode małżeństwo, (…) szykownie ubrana kobieta i przystojny mężczyzna, to, wypisz wymaluj, dobrze znani wielu dorosłym czytelnikom  inteligenci, byli pracownicy korporacji od niedawna rezydujący w swej nowej, wiejskiej posiadłości i – z różnych powodów –  przyjmowani przez miejscowych z niejakim dystansem. Przewijające się parokrotnie obrazki z udziałem dwojga strażników miejskich (kobiety i mężczyzny), jeżdżących na jednej hulajnodze, którzy postanowili zaaresztować porzuconą przez Maćka koło pomnika Mickiewicza kozę, a potem wypierających się swojego postępowania i – koniunkturalnie – wolących się nikomu nie narażać można odczytać jako satyrę na straż miejską, formację porządkową niejednokrotnie krytykowaną za absurdalne decyzje i koniunkturalizm …

                  Dorosły czytelnik nie zaśnie z nudów przy wieczornym czytaniu baśni swoim pociechom, lecz niejednokrotnie będzie miał okazję do śmiechu bądź, przynajmniej, uśmiechu. To cenne, bo książki dla dzieci najlepiej czytać wspólnie z dziećmi. Takie wspólne czytanie to wartość, która nie tylko buduje i pogłębia wieź, ale i stwarza naturalną okazję do dialogu. A tego należy się uczyć od najmłodszych lat i ćwiczyć tę umiejętność przez całe życie…

Hanna Diduszko

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.