Złoty trybik dobroci

 

Marcin Szczygielski, Leo i czerwony automat. Ilustracje Dorota Wojciechowska-Danek.  Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego. Warszawa 2018.

 

    Zwykłe miasto, które się przeistacza. Staje się przerażające. Chłopiec, który chce być zwykły, ale nie jest i to nie dlatego, że jest dzieckiem z in vitro, ale z powodu dojrzałości, empatii, po prostu – dobroci, w dodatku połączonej z wolą działania. Magiczny pierwiastek wkradający się w znajomą zwykłość Miasta i Zielonej Perspektywy, dzielnicy, niegdyś wykwintnej i modnej, teraz – zmieniającej się pomału w przykurzony relikt przeszłości. Tak wygląda świat przedstawiony w powieści Marcina Szczygielskiego, który kolejny raz zabiera czytelnika w świat pełen niesamowitych zdarzeń po to, by powiedzieć o rzeczach ważnych i najważniejszych.

            Leo, mieszkaniec Miasta, syn niemłodej już mamy, która, po przedwczesnej śmierci męża, zdecydowała się na zabieg in vitro, brat dwóch dorosłych braci (jednego – luzaka i pędziwiatra i drugiego – ustatkowanego architekta), orientuje się, że w jego Mieście zaczyna się dziać coś dziwnego. Narasta atmosfera grozy. Strach, początkowo czający się jakby w powietrzu, z czasem przyjmuje coraz bardziej realne kształty.

          Autorowi udało się sugestywnie oddać atmosferę narastającego strachu. Najpierw czytelnik otrzymuje  opisy przyjaznych dziecku miejskich przestrzeni. Potem dwunastoletni Leo (narrator) zauważa, że na słupach z plakatami jest od pewnego czasu znacznie więcej słów niż rysunków, a w telewizji częściej mówią niż śpiewają. Chłopiec i jego dwaj kumple – Fred i Timur – nie mogą też zrozumieć, dlaczego ktoś namalował brzydkie słowa na oknie baru pana Alego, który sprzedaje hummus i słodką baklawę. Leo czuje, że to nie jest, jak sądzi Timur, zwykły kawał, bo w tych napisach nie było nic śmiesznego… Pojawia się też jakaś czerwona substancja… Leo zaczyna zauważać ją w różnych miejscach a mama, dotąd wesoła i, podobnie jak mieszkańcy Miasta, ufna wobec innych, coraz większą wagę przywiązuje do zamykania drzwi i boi się wypraw do Miasta. Timur, kiepski uczeń, ale – dotąd – fajny kumpel oświadcza nagle, że rodzice nie pozwalają mu się bawić z Leo… Przypadkowy przechodzień bez najmniejszego powodu krzyczy na chłopca. Leo czuje się coraz bardziej osamotniony. Na szczęście jest Anna – dziwna, niepasująca do reszty rodziny – starsza siostra Timura. To właśnie z nią rusza w drogę…

         Zaczyna się przygoda. Dzieci wędrują przez coraz dziwniejsze miejsca a prowadzi je cykl rysunków, sporządzonych kiedyś przez ojca Leo… Niejasności, zagadki, niebezpieczeństwa, lęk… To wszystko towarzyszy im w wędrówce (która angażuje również czytelnika), mającej udaremnić uruchomienie powstającego w Mieście, w imię wspólnego bezpieczeństwa, automatu z czerwonych elementów, różnych zębatych kółek i dziwnych trybików, znoszonych po trochu w jedno miejsce przez coraz liczniejsze rzesze mieszkańców Miasta. Stopniowo wszyscy zarażają się obsesją budowania szkarłatnego automatu… Na drodze młodych wędrowców, czujących, że dzieje się coś bardzo złego, pojawiają się niespodzianie cztery tajemnicze postaci – trochę jak duchy, bardziej –  jak starożytni bogowie, uosobienia pór roku i wiatrów – dzięki nim dzieci przeżywają nie tylko ekscytującą jazdę na skrzydlatych rumakach, ale i podejmują autorefleksję oraz dotykają ważnych problemów natury moralnej.

          Powieść Marcina Szczygielskiego, który potrafi nie tylko umiejętnie budować napięcie, ale także posługiwać się symbolami, narzucającymi konieczność głębszej refleksji, prowadzi czytelnika przez liczne meandry przygód ku dramatycznemu finałowi.

          Jest on z jednaj strony zaskakujący, z drugiej – budujący, a więc dzieje się tak, jak, moim zdaniem, powinno być w literaturze adresowanej do młodego czytelnika. Po mocnych wrażeniach, po pytaniach, które nieuchronnie trzeba sobie po drodze postawić, po przeżyciu obaw i po współuczestnictwie w rozterkach bohaterów czytelnik zostaje w pewien sposób podniesiony. Otrzymuje dyskretną wskazówkę. Leo jest dobry. Nie chce się mścić. Nie jest w stanie nienawidzić. Właśnie to okazuje się ratunkiem dla Miasta.

   Trybik, który pojawia się w dłoni bohatera nie jest czerwony. Jest ze złota.

Hanna Diduszko

 

Jedna odpowiedź do “Złoty trybik dobroci”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *