Malta na urodziny. Wycieczka na Gozo

 

Grudzień 2017

 

     W dzień moich urodzin pozwalamy sobie rankiem na leniuchowanie… No ale w naszym chłodnawym pokoju (ogrzewanym… piekarnikiem) za długo leżakować się nie da…

      Zresztą wpadliśmy już w turystyczny rytm i – bez specjalnych szkód dla psychiki – ruszyliśmy (oczywiście autobusem) na Čirkewa- Ferry, by dopłynąć na sąsiednią, niewielką wyspę, liczącą zaledwie 67 km kwadratowych, czyli  Gozo, miejsce, gdzie wzniesiono kompleks świątyń megalitycznych Ggantija, najstarszych wolnostojących budowli świata. Nie byle co… Fotografie stanowisk archeologicznych oglądaliśmy w Muzeum Archeologii.

      Na Gozo płynie się niespełna pół godziny, ale to zjawiskowo piękna droga… Nie będę jej opisywać. Musiałabym użyć zbyt dużej ilości przymiotników, a to nigdy nie służy tekstowi… Krajobraz Morza Śródziemnego jest tam, nawet jak na powszechnie znane standardy, wyjątkowy – krystaliczna woda, lazur, błękitne laguny, wśród których jest i ta najsłynniejsza – Blue Lagoon (po maltańsku: Bejn il-Kmiemen), położona w drodze na Gozo, pomiędzy dwoma mniejszymi wyspami Comino i Cominotto…

     Jednej atrakcji (co prawda znajdującej się po drugiej stronie wyspy) już nie mogliśmy zobaczyć. W marcu, a więc kilka miesięcy przed naszą podróżą, w czasie  nawałnicy zawaliło się słynne Lazurowe Okno (Azure Window), formacja skalna tworząca rodzaj mostu, będąca turystyczną wizytówką Malty… Żal. Zniknął niezwykły element tutejszej przyrody.

       Okazuje się jednak, że ma się odrodzić! W miejscu Azure Window ma powstać tak zwane Serce Malty, czyli pięciokondygnacyjny budynek, którego każda kondygnacja ma być poświęcona innej epoce w historii Malty. Autorem koncepcji jest rosyjski architekt, Swietozar Andriejew, który deklaruje, że jego pomysł ma symbolizować połączenie nowoczesności i natury, dawać świadectwo wytrwałości ludzkiego ducha.

        Można mieć zapewne różne opinie w tej sprawie. Jednak 68% Maltańczyków, którzy wzięli udział w internetowej ankiecie Times of Malta, poparło koncepcję Andriejewa.

 (źródło tej informacji: https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-lazurowe-okno-po-nowemu-wizytowka-malty-bedzie-odbudowana,nId,2782506)

        Tymczasem, zachwyceni widokami i owiani morską bryzą, dobiliśmy do L’Imgárr, skąd (autobusem) ruszyliśmy do Victorii, największego miasta na Gozo (liczy niewiele ponad 6200 mieszkańców…). Miasto ochrzczono mianem Victoria, by uczcić 60. rocznicę panowania królowej Wiktorii (przedtem nazywało się Rabat, co znaczy przedmieście).

        W autobusie jechała z nami (oprócz niezbyt licznej grupki podróżnych)  intrygująca, rudowłosa kobieta (tylko trochę młodsza od nas), o subtelnym makijażu i niewymuszonej elegancji. Pani odziana była w malowniczy, wzorzysty sweter. Nie tylko my patrzyliśmy na nią (nie przypominała ani skandynawskich, czy niemieckich turystów; na pewno nie była też Japonką…). Okazało się, że i ona zerkała spod oka na nas…

       W końcu nie wytrzymała i zapytała, czy jesteśmy… z Włoch. Pochwaliliśmy się, że naszą ojczyzną jest Polska. Na co pani z kolei pochwaliła się, że pochodzi z Irlandii.

           Mieszkała tam na niewielkiej wysepce, w wiosce rybackiej. Owdowiała. Teraz, na emeryturze, osiadła na stałe na Gozo. Okolice Victorii to, jej zdaniem, świetne miejsce do mieszkania, bo jest tu spokój, cisza i jest pięknie, co jej bardzo odpowiada… Wyglądała na zamożną osobę (z pewnością korzystała z usług gabinetów kosmetycznych, nie gardziła też dobrym, markowym obuwiem) i, zapewne, nie była wyjątkiem. Na sielskim Gozo znajduje schronienie spora grupa zamożnych, angielskojęzycznych emerytów. Mogą zaspokajać swoje potrzeby (dbałość o zdrowie, zakupy itd) w Victorii, a swoje potrzeby estetyczne – na przykład posiadanie pięknych przedmiotów – u sąsiadów-artystów, bo na Gozo jest, ponoć, sporo tradycyjnych (i nowych) pracowni artystycznego rzemiosła.

          Pani Irlandka wskazała w pewnym momencie na swój  oryginalny sweter (może dlatego, że i ja go obserwowałam z – zapewne widoczną – uwagą) i opowiedziała ciekawą historię.

               W jej rodzinnej wsi, gdzie wszyscy od wieków żyli z rybołówstwa, istnieje tradycja zaopatrywania mężczyzn, wypływających w morze (i często narażonych na chłody) w swetry robione przez kobiety – żony, matki, córki. W każdym gospodarstwie obowiązuje inny splot. Musi to być splot charakterystyczny tylko dla jednego, określonego domostwa. Wynikało to z praktycznych, choć smutnych, powodów. Rybacy ginęli na morzu. Ich rodziny w jakiś sposób do tego przywykły… Często jedynym sposobem, by rozpoznać ciało wyrzucone przez morze (nieraz po kilku, kilkunastu tygodniach) był charakterystyczny splot swetra… Tradycja oryginalnych splotów przetrwała do dziś.

       Nasza rozmówczyni pożegnała nas dość wylewnie (była w końcu Irlandką, a nie Brytyjką…), a my zanurzyliśmy się w cichych zaułkach Victorii, gdzie wszystko wyglądało jak miniatura… Nawet barokowa katedra (zaprojektowana przez Lorenza Gafę), zbudowana, ponoć, na miejscu rzymskiej świątyni Junony, nie wydawała się wcale przytłaczająca.

         Na jej dziedzińcu trafiliśmy na miłą (urodzinową?) niespodziankę w postaci kameralnego chóru (jak się potem okazało – z Francji), któremu towarzyszyła niewielka orkiestra. Odbywała się próba przed jakimś występem. Młodzi ludzie śpiewali rzewną partię więźniów z Nabucco Verdiego; oo mia paaatria, si beella perduuuutaaa!!! – niosło się ponad wąskimi uliczkami i maleńkimi placykami…

      W pobliżu katedry, w małej knajpce,  Rysiek wypił piwko z miejscowego, małego browaru a ja popróbowałam jakichś bułeczek (ponoć pieczywo z Gozo jest  cenione wysoko…)

         Z daleka popatrzyliśmy na, odbudowaną przez Zakon Kawalerów Maltańskich/joanitów, sporą cytadelę, którą zbudowali Aragończycy (przejęli w 1283 roku władanie nad Maltą po dynastii Andegawenów), ale która uległa potem zniszczeniu. Nie bardzo nam się chciało piąć w górę…

         Postanowiliśmy porzucić miasto i udać się w okolice, gdzie bywają turyści, żądni atrakcji nadmorskich…

    Dotarliśmy w tym celu (autobusem) do Marsalforn, miejscowości typowo letniskowej, położonej w północnej części wyspy.

    Marsalforn,  licznie odwiedzane latem (o czym przeczytaliśmy w przewodniku), teraz świeciło pustkami, co wyglądało naprawdę miło…

    Pospacerowaliśmy po ładnym, zadbanym nabrzeżu (lokale były pozamykane, ale zabraliśmy ze sobą kanapki). Zeszliśmy też na malowniczą kamienną plażę, usłaną miłymi w dotyku kamieniami (wulkanicznymi i osadowymi), często pomarszczonymi, co było zapewne rezultatem długiego oddziaływania wody.

        Pod jednym z hoteli (chyba niewielu pensjonariuszy bywa tam w grudniu; my nie widzieliśmy nikogo…) natrafiliśmy na tajemnicze pólka, jakby baseniki (takie małe saliny). Może służyły do przechowywania małży (goście hotelowi lubią świeże małże). Ja – bezczelnie – wymoczyłam w takim miniaturowym baseniku nogi (bo już mnie trochę bolały…) a Kolega Małżonek właśnie tutaj podjął decyzję o kąpieli. W końcu byliśmy w nadmorskim kurorcie! A co!

          Zszedł po skałach do morza i wykąpał się w stroju Adama (bo innego nie wziął). Za ręcznik posłużyła moja chusta (zwykle mam chustę albo szal; to uniwersalna część wyposażenia…). Twierdził, że woda miała temperaturę ok. 18 – 20 stopni, czyli nie tak źle… Super!

         Świeciło słońce i chciało się ciągle patrzeć na coś nowego… Udaliśmy się więc na naprawdę długi spacer, patrząc na morze i ciesząc się wiatrem. Krajobrazy są tam… Nie będę ich opisywać. Jeśli kogoś interesuje poezja, niech zajrzy do innej szufladki/zakładki mego bloga…

           Byliśmy na Gozo (Homerowej wyspie Ogygii), wyspie kobiet… To właśnie tutaj nimfa Calypso zatrzymała Odyseusza w więzieniu swego uczucia i swej namiętności…

           Na nabrzeżu natrafiliśmy na dwie sąsiadujące ze sobą knajpki. Jedna nazywała się Odysey, druga Calypso

         Usadowiliśmy się przy drewnianych stołach przed Odyseuszem i, patrząc  na morze (jak niegdyś on spoglądał tęsknie w stronę Itaki), zjedliśmy smaczną (choć prozaiczną) zupę rybną…

           Droga powrotna z Gozo nie obyła się bez przygód. Najpierw uciekł nam autobus (bezczelny!) i musieliśmy czekać godzinę na następny, potem kolejny autobus, niespodziewanie dla nas, zmienił numer (tak!). W końcu jakoś dotelepaliśmy się (w sporym tłoku; skąd się wzięli ci ludzie???) do promu i, zmieniając autobusy jak rękawiczki, dojechaliśmy szczęśliwie, co było sporym sukcesem, do Quawry… Uff!!!

          Chwila odpoczynku w pozycji horyzontalnej… Ale niezbyt długa… Prysznic, makijaż, zmiana stroju… Czas na urodzinową kolację.

       Już wcześniej upatrzyliśmy sobie lokal o wdzięcznej nazwie DUO… Bardzo ciepły wieczór…

       Dotarliśmy do naszej knajpki, gdzie natychmiast wziął nas w obroty bardzo przejęty swoją rolą kelner.

        Jego najbardziej charakterystyczną cechą (oprócz odrobinę spoconego, zapewne z przejęcia, oblicza) było to, że za wszystko, dosłownie, za wszystko nam dziękował. Odsunęliśmy krzesła – thank you, usiedliśmy przy stole – thank you, przesunęliśmy nieco sztućce – thank you,  wstaliśmy od stołu – thank you. Powróciliśmy do stołu (po wizycie w toalecie) – thank you. Usiedliśmy ponownie na miejscu – thank you

     Pan Kelner Thank You zaserwował nam pięknie podane antipasti. Ja wzięłam polecone przez niego (thank you) carpaccio z kaczki, Rysiek – ośmiornicę. Piliśmy znane nam już wino Medina (nie chcieliśmy ryzykować zamawiania innego, obawiając się, że nasz uprzejmy Thank You wetknie nam, oczywiście bardzo uprzejmie, trunek, przekraczający nasze możliwości finansowe…). Była jeszcze pyszna zupa-krem (z czegoś żółtego, ale to nie była dynia…), glazurowane ziemniaczki, jakieś delikatne kiełki i ziarenka kukurydzy – rodzaj sałatki. Thank you! Potem nadjechał stolik z rybami (catch of the day, czyli złowionymi dziś), które pan kelner rozbierał na naszych oczach. To było prawdziwe misterium.

        W końcu, najedzeni i upojeni winem Medina i uprzejmością kelnera, opuściliśmy (z niejaką ulgą) lokal Duo i udaliśmy się do naszego (chłodnawego) pokoiku. Wypiliśmy po solidnej szklaneczce whisky i poszliśmy spać.

To był piękny dzień. Thank you!

 

https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/Malta-Historia;4574735.html

 

Jedna odpowiedź do “Malta na urodziny. Wycieczka na Gozo”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *