Dzieci bywają samotne, ale nie są głupie

 

 

Marcin Szczygielski, Omega. Z ilustracjami Bartka Arobala.

Instytut  Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego. Warszawa 2009.

 

 

 

                Zobaczyłaś najwięcej, ale nic nie dostrzegłaś – taki werdykt słyszy z ust prześmiewczego komentatora Olimpiady Zmysłów dwunastoletnia Omega (czyli: Joanna), tytułowa bohaterka powieści Marcina Szczygielskiego. Autor powieści wraz z ilustratorem (jego rola jest olbrzymia, bo słowo i obrazy wzajemnie się tu dopełniają) prowadzi czytelnika przez kolejne poziomy gry komputerowej, w którą  zabrnęła stworzona przez pisarza wybitnie inteligentna bohaterka. Joanna woli siebie nazywać Omegą. To jest jej pseudonim w sieci. A sieć to jej prawdziwe życie. Czytaj dalej Dzieci bywają samotne, ale nie są głupie

A PAMIĘTACIE, jak mały Piotrek przepłynął kanał PTTK w Nidzie do dzikiej plaży, na skróty?

          W Nidzie często robi się zakupy. W tym celu staje się albo w przystani PTTK „U Andrzeja”, gdzie, w razie niepogody, można korzystać z łazienek z ciepłą wodą w celu umycia głowy (przeważnie damskiej), albo na tzw. dzikiej plaży, teraz już ucywilizowanej za pomocą barku, oczywiście z piwem, ale  (na szczęście) również z pięknym widokiem.

         Pewnego razu stanęliśmy w parę łódek na wzmiankowanej dzikiej plaży. Część towarzystwa udała się na miasto z misją zaopatrzenia łodzi w różne potrzebne artykuły. Piotrek (syn Eli i Tomka), wówczas chyba najwyżej dziesięciolatek, dostał pozwolenie samodzielnego udania się na lody.

         W tym momencie zaczyna się właściwa opowieść. Czytaj dalej A PAMIĘTACIE, jak mały Piotrek przepłynął kanał PTTK w Nidzie do dzikiej plaży, na skróty?

Parę myśli o lusterku

 

         Lustro to przedmiot, z którym stykamy się tak często, że przestajemy myśleć o kryjącej się w nim tajemniczości i znaczeniach symbolicznych. Jednak nawet wówczas, gdy samo lustro – jako rzecz codziennego użytku – nie budzi emocji, to oglądanie w nim siebie prawie zawsze łączy się z uczuciami bądź refleksjami. Podobamy się sobie (lub nie), jesteśmy zadowoleni (lub nie), przychodzą nam do głowy mniej lub bardziej odkrywcze myśli.

        Dlaczego człowieka od zamierzchłych czasów fascynowało własne odbicie? Skąd pomysł, by zastąpić naturalne lustra (jeziora, leśne źródła) specjalnym przedmiotem, w którym można by się przeglądać? Czytaj dalej Parę myśli o lusterku

Pokój przejściowy

 

 

            Pokój przejściowy jest podłużny. Nikt w nim nie mieszka, no bo pokój przejściowy służy do przechodzenia. Albo do jeżdżenia na czerwonym rowerze. Głównym meblem jest tu wielki, dębowy kredens. Prawdziwy brzuchacz. Połknął porcelanowe talerze, miski i sosjerki. Rodzice dostali je w prezencie ślubnym od swoich przyjaciół. Brzeg każdego naczynia ze  śnieżnobiałej porcelany ozdobiono subtelnym i eleganckim, geometrycznym, greckim wzorem w kolorze srebra. Lubię otwierać szuflady i szufladki, a także wszelkie drzwiczki kredensu (co, oprócz porcelanowego serwisu, w nich było?? Pamięć nie chce jakoś podpowiedzieć. Zaraz, zaraz… Ach tak! Figurka alabastrowej tancerki, którą w tajemnicy przed rodzicami zaniosłyśmy z siostrą do Desy, żeby mieć na kupno adaptera Bambino… Co było jeszcze? Nie wiem, nie wiem…). Czytaj dalej Pokój przejściowy

Puszcza Amazońska (opowieść Naszej Najstarszej Pociechy)

– Mamo! – wrzasnąłem  na całe gardło.

            Wierciłem się na wszystkie strony i rozglądałem wokół, czy nie idzie ktoś, kto mógłby mi pomóc. Żywego ducha… No tak – brnę samotnie przez Puszczę Amazońską. Wokół krzyki małp i papug. Syczą węże. Grube liany smagają mnie po twarzy. Owady oblepiają spocony kark a błoto wlewa się do butów. Czuję bąblowanie między palcami stóp. Za chwilę bagno wciągnie mnie całkowicie w swą bezdenną otchłań. Mamo… Mamo…

– Dziecko, co ty tam znowu wyrabiasz?! – To był głos mamy. Musiała usłyszeć moje wołanie i wyjrzała przez okno. Czytaj dalej Puszcza Amazońska (opowieść Naszej Najstarszej Pociechy)

Dach

 

 

– Hej, no… Dawaj rękę.

Krzyś ciągnie mnie do góry z całych prawie dorosłych sił zwinnego dziesięciolatka, ale i tak muszę podnosić nogi bardzo wysoko. Dla dodania sobie pewności trzymam pod pachą kochanego pluszowego misia – Marka….  To nie ułatwia wspinaczki, ale… Wąskie stopnie metalowej drabinki wżynają  mi się w stopy obute w aksamitne, granatowe ciżemki na cieniutkiej, baletowej podeszwie (moje butki mają dość ponurą nazwę, są to tzw. trumniaczki, mimo to bardzo je lubię, bo nigdzie nie cisną i idealnie przylegają do stóp; można w nich skakać i – co ważniejsze – tańczyć, tańczyć, tańczyć bez końca!). Nad sobą widzę jasny kwadrat nieba. Słońce.

– Jeszcze trochę. Podciągaj się drugą ręką, bo nie wyleziesz.

Wyłażę. Jakoś się udało. Stoimy na dachu. Czytaj dalej Dach