Przedpokój

 

Ulubione miejsce w przedpokoju to kąt za szafką na buty. Szafka jest stara, poniemiecka. Tata kupił ją, jak większość mebli, uiszczając opłatę urzędową (nie chciał być szabrownikiem; nie brał cudzego bez pieniędzy). Można się tam wcisnąć i zostać niewidzialnym. Można być jak niewidzialny człowiek z telewizora.

Zza szafki na buty widać drzwi do sypialni rodziców, drzwi do przejściowego, drzwi do kuchni i – wreszcie – najciekawsze, przeszklone drzwi wejściowe. Przedpokój – jak ocean wodą –  jest napełniony drzwiami aż po same brzegi. Hula po nim wiatr. Jak po chłodnym morzu. Jak po rozległej łące. Ale można się przecież schronić.

Siedzę wciśnięta za szafkę na buty i patrzę na mleczne, różyczkowe szkło drzwi wejściowych. Czekam i patrzę. Patrzę i myślę.

Jaki cień pojawi się tam za chwilę? Czy będzie  długi, biurowy, zakapeluszony? Czy będzie przygarbiony, przełamany i bolesny? Czy będzie pokasłujący i papierosowy? Czy będzie sztywny i niepewny? Czy będzie cienkoszpilkowy, roztańczony? Nie wiadomo. Może się zdarzyć, że za mlecznym szkłem drzwi wejściowych stanie jakiś zupełnie inny cień. Nie będzie związany z żadnym z domowników. Może będzie to cień sąsiadki z czwartego piętra, pani Halinki, mamy Krzysia (lekko przygarbiony, szerokouspódniczony, z podwiniętymi rękawami) albo cień ciemnowłosej pani Lucynki zza ściany (wytworny i smukły –  kokowy, a może kapeluszowy, na pewno wysokoszpilkowy).

Ale może też pewnie być tak, że będzie to jakiś całkiem nieznany cień… Jaki będzie? Pogięty? Przygarbiony? Wyprostowany jak świeca? Ogromniejący jak dżinn? Nie wiem. Nie wiem. Czekam i patrzę. Patrzę i myślę.

Na szczęście jestem niewidzialna jak niewidzialny człowiek z telewizora. Wypatruję cienia. Nie ma go. Jeszcze go nie ma. Lecz może za chwilę… Wstrzymuję oddech. Na pięć sekund, sześć, siedem. Wytrzymuję coraz dłużej. Już prawie nie oddycham. Zaraz przyjdzie. Stanie za szkłem. Cień. Dobrze, że jestem niewidzialna. Ale i tak – na wszelki wypadek  –   siedzę  cicho jak mysz pod miotłą. Coraz mocniej wciskam się w ścianę.

 Znikam. Już mnie nie ma.

Na podłodze, za poniemiecką szafką na buty pozostaje jedynie zarysowana lekko podłoga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *