Dach

 

 

– Hej, no… Dawaj rękę.

Krzyś ciągnie mnie do góry z całych prawie dorosłych sił zwinnego dziesięciolatka, ale i tak muszę podnosić nogi bardzo wysoko. Dla dodania sobie pewności trzymam pod pachą kochanego pluszowego misia – Marka….  To nie ułatwia wspinaczki, ale… Wąskie stopnie metalowej drabinki wżynają  mi się w stopy obute w aksamitne, granatowe ciżemki na cieniutkiej, baletowej podeszwie (moje butki mają dość ponurą nazwę, są to tzw. trumniaczki, mimo to bardzo je lubię, bo nigdzie nie cisną i idealnie przylegają do stóp; można w nich skakać i – co ważniejsze – tańczyć, tańczyć, tańczyć bez końca!). Nad sobą widzę jasny kwadrat nieba. Słońce.

– Jeszcze trochę. Podciągaj się drugą ręką, bo nie wyleziesz.

Wyłażę. Jakoś się udało. Stoimy na dachu.

 

            Krzyś rozciera ręce i spogląda na mnie uważniej niż zwykle. W jego oczach dostrzegam coś na kształt podziwu. Taka mała a dała radę.

            Posuwamy się powoli w stronę komina. Z bliska wydaje się ogromny. Tu jest – o dziwo – całkiem dużo miejsca. Można by się nawet pobawić w chowanego. Rozglądamy się i w tej samej chwili, jakbyśmy się wcześniej umawiali, ruszamy do przodu. Idziemy krok w krok. Razem. Krzyś chwyta mnie za rękę i mocno trzyma. Czuję uścisk szczupłej, chłodnej, lekko szorstkiej dłoni. Wiem, że mnie nie wypuści, gdyby co… Podchodzimy do komina. Jeszcze parę kroków i zatrzymujemy się przed załamaniem dachu.

            Poniżej uskoku widać kolejną przyjazną płaszczyznę, po której można się pewnie całkiem bezpiecznie poruszać. Jak na komendę siadamy na pupach i, na moment rozdzieleni, zjeżdżamy po dachówkach jakieś półtora metra w dół… Uaaaa!!! Ale jest!! Krzyś znów chwyta mnie za rękę. Pewnie się obawia, że siedmioletni rozum nie ostrzeże mnie w porę przed jakąś niespodzianką. A o niespodziankę tu chyba nietrudno. No tak. To przecież całkiem możliwe. Jesteśmy wysoko. Na dachu…

            Przez chwilę stoimy bez ruchu. Słońce świeci mocno. Czuję jak ogrzewa mi twarz, szyję i całe ciało. Przyjemne mrowienie rozchodzi się od stóp do głów. Robimy trzy kroki i siadamy na czymś. To jest jakieś coś do osłaniania jakiegoś czegoś. Jednym słowem – nie wiadomo co. W każdym razie nam służy teraz za siedzisko – i to całkiem wygodne (siedzisko – znów masz tu, drogi Czytelniku, termin, świadczący o tym, że wędrująca pamięć odbywa nieustającą podróż to w jedną, to w drugą stronę).

            Naprzeciw nas, po przeciwnej stronie ulicy rozciągają się gruzy. Tu z góry, z dachu, widać, że jest to morze gruzów. Nie ma co. To wyświechtane określenie pasuje po prostu jak ulał, bo gdy się patrzy na wprost, nie widać końca. Jedynie po prawej stronie, hen, na horyzoncie można dostrzec zarys zieleni. To drzewa na terenie pracowniczych ogródków działkowych (chodzę tam z dziadkiem po kwiaty i słodkie klapsy).

            Tuż za ulicą widać ruiny domu. To wciąż dom. Można rozpoznać jego kształt. Szkielet pozostał w miarę nienaruszony. Budynek nie zawalił się całkowicie. Nieco poniżej linii dachu tkwi na przykład pokój. To pewnie pokój dziecinny. Pomalowany na jasny, piaskowy kolor. Na ścianie – obrazek z połamaną ramką. Jest cały spękany, więc nawet gdyby wytężyć wzrok i tak nie byłoby widać, co na nim jest. A może to jakaś fotografia? Za to w wykuszu, obok wyraźnie ciemniejszego fragmentu ściany (pewnie stało tam kiedyś łóżeczko, które spadło, zostawiając na ścianie ciemniejszy ślad) bieleje aniołek, całkiem pokaźnych rozmiarów. Wydaje mi się, że anioł musi być mniej więcej mojego wzrostu. Brak mu części skrzydła i – o ile dobrze widzę, a widzę raczej dobrze – nosa. Tuż nad aniołkiem z ułamanym skrzydłem, w zagłębieniu, gdzie skądś naniosło ziemi, wyrosło drzewko. Jest całkiem spore. Smukłe i zgrabne. Rośnie prosto do nieba. To brzoza. Poznaję po białej korze i jasnozielonych listkach, które ładnie migoczą w słońcu. Za beznosym aniołem błękitnieje pozbawiona drzwiczek szafka.  Wewnątrz jest ciemniejsza, prawie granatowa. Jak moja szkolna tarcza. W szafce coś leży. Jakieś szkatułki, czy pudełka… Wysunięta szufladka chyba jest pusta. Ale tego nie można wiedzieć na pewno. Na niższym piętrze ocalał fragment kuchni z półokrągłym zlewem (w naszej kuchni jest taki sam). Przy ścianie stoi jakaś ni to szafka, ni to resztka kredensu. Obluzowana półka biegnie skośnie w dół. Spadła z niej doniczka. Tkwi teraz wciśnięta w róg mebla. Przygniata sobą jasny kawałek materiału. To pewnie jakaś serwetka albo ściereczka. Z doniczki wciąż coś  sterczy. Ale to już na pewno nie jest kwiat.

            Siedzimy na czymś, co jest osłoną czegoś. Nie wiadomo czego. Wpatruję się przed siebie. Wpatruję się w ruiny. To wciąż jest dom. Słońce mocno świeci mi w oczy. Czuję kłucie pod powiekami. Krzyś patrzy na mnie zdziwiony.

No co ty… Nie płacz. – mówi cichutko.

 

Photo by Boudewijn Huysmans

2 odpowiedzi do “Dach”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *