Może kryje się przed nami, może cierpi skrycie?

 

            Cierpienie często okryte jest tajemnicą. Bywa, że nie chcemy go pokazywać światu, bo wiąże się ono ze sferą tabu, bywa, że po prostu nie umiemy go wyrazić. Nie znajdujemy żadnego środka ekspresji, który ułatwiłby przeżywanie cierpienia a bez niego nie można przecież przejść przez życie. Tajemniczość cierpienia wiąże się zarówno z niemożnością określenia jego źródeł (lub niechęcią, by je sobie uświadomić), jak i z trudnościami w wyrażaniu, uzewnętrznianiu tego stanu. Cierpienie to trudne doświadczenie dla każdego człowieka, ale chyba szczególnie trudne jest ono dla dziecka, które nie dysponuje zbyt wieloma możliwościami wyrazu, nie potrafi jeszcze samo określić siebie. Robią to za niego dorośli. Zdefiniowane (niekiedy niedbale) przez dorosłych, oglądane ich oczami nie jest jeszcze w stanie samo określić siebie, a to, w jaki sposób opisują je dorośli może być (i z reguły jest) mniej lub bardziej nieadekwatne. Janusz Korczak stwierdza: (Dziecko) sądzi, że życie proste i łatwe. Jest tatuś, jest mama (…) Nie zna zdrad obowiązków ani sposobów walki człowieka o swoje i więcej (…) My zgadujemy je w lot, jednym niedbałym spojrzeniem na wskroś przenikamy, bez śledztw wykrywamy nieudolne podstępy. A może łudzimy się sądząc, że dziecko to tylko i tyle, ile my chcemy? Może kryje się przed nami, może cierpi skrycie? ( J. Korczak, Pisma wybrane. T.1. Warszawa 1984, Nasza Księgarnia. s. 65.)

         Nie wiemy, jakie jest dziecko. Czy naprawdę  –   dokładnie takie, jakim chcemy je widzieć? A może jest jedynie trochę podobne do naszych wyobrażeń? Jaki jest świat jego przeżyć? Czy rzeczywiście – jak często jesteśmy skłonni przypuszczać – jest to świat, tak jak dziecko, malutki? Gdzie w tym nieznanym świecie (niezależnie od jego rozmiarów) mieści się trudne egzystencjalne doświadczenie, jakim jest cierpienie? Do choćby częściowego przeniknięcia tajemnicy przeżyć dziecka (w tym – jego cierpienia) trzeba przede wszystkim wrażliwości, ponadprzeciętnego zmysłu obserwacji i olbrzymiej empatii. Jednak do pokazania, czym jest owo cierpienie, jaka jest jego natura, trzeba czegoś znacznie więcej – idealnego słuchu artysty i doskonałego warsztatu.

        Istnieją w literaturze liczne przykłady prób prześwietlenia sfery dziecięcego cierpienia. Przypomnijmy klasykę – choćby bohaterkę Dziewczynki z zapałkami Andersena, liczne postaci małych biedaków z powieści Dickensa, cierpiące, a jednocześnie niepozbawione wewnętrznej radości dzieci z nowel Marii Konopnickiej, biednego Janka Muzykanta z noweli Sienkiewicza, czy Antka z noweli Prusa. W większości utworów, w których pojawia się nieszczęśliwy dziecięcy bohater, cierpienie wyłania się z jego losów. Jest wypadkową rozmaitych sytuacji fabularnych a przeżycie istoty cierpienia dokonuje się w procesie percepcji, niejako –  w sercu odbiorcy. Śledząc losy małego Janka, czytelnik niemal fizycznie odczuwa jego cierpienie – najpierw wywołane tęsknotą za czymś, co jest dlań nieosiągalne, potem – fizycznym bólem. Podobnie ma się rzecz z odbiorem losów bohaterki Andersena: czytelnik razem z nią drży i marznie na ulicy, razem z nią wpatruje się w odległy świat ciepła i dobrobytu, cierpiąc jednocześnie nie tylko z zimna, ale przede wszystkim z samotności.

            Jak przedstawia się sytuacja w bliższym nam i naszym dzieciom czasie? Spójrzmy uważniej na parę przykładów wziętych z różnych półek.

              Znakomity włoski pisarz i pedagog Gianni Rodari (1920 – 1980), nagrodzony w 1970 tzw. Małym Noblem (czyli Medalem im. H. Ch. Andersena) zostawił w swojej bogatej i niezwykle różnorodnej co do wątków i tematów spuściźnie dla dzieci zapomnianą  dziś (jakże niesłusznie!) powieść Podróż Błękitnej Strzały. Czytelnik może w niej odnaleźć między innymi bardzo interesujące zarówno od strony literackiej, jak i filozoficznej ujęcie tematu dziecięcego cierpienia. Jest to ujęcie niezwykłe, bo poprzez …negację. Według Rodariego nie da się mówić o cierpieniu dziecka, ponieważ nie ma na nie zgody. Zauważając jego istnienie, trzeba się przeciwko niemu zbuntować, podjąć próbę unieważnienia go. To jest moralny obowiązek. Trzeba krzyknąć: nie zgadzam się na cierpienie dziecka, więc go nie ma! Jest to postawa być może naiwna, ale – w przypadku negacji dziecięcego cierpienia – piękna i szlachetna. Może się wydać mało prawdopodobna u ludzi, dlatego pisarz obdarza nią jedną z zabawek (bohaterami Podróży Błękitnej Strzały są ożywione – jak to wcześniej było w Dziadku do orzechów E.T.A. Hoffmana – zabawki). Rodari, opisując drogę pociągu – tytułowej Błękitnej Strzały, przedstawia w pewnym momencie scenkę, w której pojazd natrafia na bladą, zimną dziewczynkę (bezdomną, prawdopodobnie zamarzniętą, o czym – pośrednio, bardzo oględnie informuje jedna z postaci – żołnierz). Różowa Lalka (dotąd próżna i zarozumiała egoistka), podróżująca wraz z innymi zabawkami pociągiem, postanawia, wbrew wszelkiej logice, za to z wielką mocą i pewnością, co do słuszności swojej decyzji, zrezygnować z dalszej podróży i zostać przy dziewczynce w podartej sukience. Chce jej towarzyszyć, spełnić jej marzenie o posiadaniu wspaniałej zabawki, prześlicznej, wyśnionej Różowej Lalki… Różowa Lalka była jak odmieniona. Nie miała już tej głupawej i pyszałkowatej miny (…). Dziwne światło błyszczało we jej oczach (…)

  – Zostanę tutaj – powtórzyła stanowczo. (…)

  Ale dlaczego mówiła i mówiła bez przerwy, jakby miała pełne gardło słów i musiała wyrzucić je wszystkie naraz, by się nie udusić?

  Ponieważ nie chciała nikogo dopuścić do słowa. Nie chciała usłyszeć słowa „nie”, nie chciała, by ją zmuszano do pozostawienia dziewczynki samiutkiej w tej ciemnej, zimnej bramie. Ale nikt się nie sprzeciwił. ( Gianni Rodari, Podróż  Błękitnej Strzały. Tłumaczyła Zofia Ernstowa. Warszawa 1961. Nasza Księgarnia) Różowa Lalka nie dopuszcza możliwości cierpienia (i śmierci) biednej, bezdomnej dziewczynki. Nie zgadza się na taki stan rzeczy. Unieważnia cierpienie.

            Inaczej ujmuje cierpienie włoska pisarka Angela Nanetti (ur. w 1942) w swojej poruszającej książce Mój dziadek był drzewem czereśniowym. (Angela Nanetti, Mój dziadek był drzewem czereśniowym. Przełożyli Jarosław Mikołajewski i Magdalena Mikołajewska, Warszawa 2007,  Nasza Księgarnia)

                 Książka Angeli Nanetti pisana jest z pozycji dziecka. Bohater to zarazem narrator, opowiadający o sytuacjach i przeżyciach związanych z dziadkami,  drzewem czereśniowym (noszącym imię Felicjan), z rodzicami. Narracja jest na pierwszy rzut oka prosta, ale widoczne są w niej celowe, choć drobne zachwiania chronologii, które oddają stan psychiki bohatera, który cierpi – jego świat zaczyna ulegać dezorganizacji: rodzice przeżywają kryzys związku, umiera ukochana babcia, a owdowiałemu dziadkowi (u którego chłopiec spędza niezapomniane wakacje) grozi utrata domu i kawałka ziemi, którą kochał a także czereśniowego drzewa, będącego symbolem wspomnień i ciągłości tradycji. Cierpienie dziecka jest tu przedstawione jako źródło wyzwalające energię, jako siła zdolna zmieniać świat: determinacja chłopca doprowadza do zmiany bezdusznych urzędniczych decyzji a rodzice – w chwili zagrożenia –   odkrywają, jak mocno wiąże ich miłość do dziecka. Cierpienie i smutek chłopca nie odpychają młodego czytelnika, nie straszą (zresztą świat przedstawiony w powieści cechuje bogactwo; nie jest on pozbawiony elementów komizmu, związanego zarówno z sytuacjami, jak i wieloma postaciami), przeciwnie –  przyciągają i fascynują. Sprawiają, że czytelnik podąża śladami głębokich uczuć i  silnych emocji zawartych w historii Antosia i jego bliskich nie tylko z ciekawością, ale także z wewnętrznym skupieniem i zaangażowaniem. Śledząc całą historię (a z powodu zaburzonej chronologii trzeba to robić z uwagą), uczestniczy w badaniu natury cierpienia przede wszystkim za pomocą emocji. W książce Angeli Nanetti cierpienie przedstawione jest jako wyrazista i istotna wartość, zdolna zmieniać i uszlachetniać świat. To poruszająca, niezwykła wizja. Pozostawia w czytelniku głęboki ślad.

          Obraz niejako skonkretyzowanego  cierpienia odnajdujemy w książce szwedzkiej pisarki Babbis Friis Baastad (1921 – 1970) – mała Kjersti, tytułowa bohaterka powieści (B. F. Baastad, Kjersti. Warszawa 1971, Nasza Księgarnia) przeżywa tragedię. Oszpecona blizną po wypadku doznaje licznych krzywd ze strony rówieśników, którzy albo się od niej odsuwają, albo ją upokarzają lub wręcz maltretują. Nauczyciele dość długo nie zauważają dramatu siedmiolatki. Również rodzina, zajęta przyjściem na świat trzeciego dziecka i opieką nad młodszym, bardzo absorbującym bratem małej, nie domyśla się, co się dzieje w duszy dziewczynki. A ona cierpi. Widać to na przykład w czasie zabawy w szkołę muszlami, czyli skarbem (gdy jedzie z ojcem i bratem do letniskowego domku nad morzem): Najpiękniejsza muszla, płaska i biała, była panią. Nic nie dało się poradzić na to, że dzieciaki różniły się od siebie – jedne okrągłe, inne owalne. Ale prawdziwe dzieci też nie są takie same (…) Samą zaś Kjersti była ta najładniejsza muszla, mieniąca się różowo, niebiesko i żółto. Zarówno podczas lekcji, jak i na spacerach ta muszla znajdowała się najbliżej pani. Teraz jednak ta najładniejsza muszla nie może występować jako Kjersti. Bo nie jest nigdzie skaleczona. Może tam na dole (…) znajdzie jaką wyrzuconą przez wodę muszlę, taką ze szramą lub trochę nadłupaną. A zresztą… Można już wyrzucić cały skarb.  Na szczęście mądra interwencja starego doktora, sprawia, że dokonuje się tu zmiana. Kjersti może funkcjonować w grupie. Pozostaje inna niż wszyscy, ale to już nie jest powodem  cierpień. Mała dojrzewa: świadomie decyduje się chodzić do szkoły, choć rodzice nie zamierzają jej do tego zmuszać. Szwedzka autorka próbuje nakłonić czytelnika do refleksji nie tyle na temat samego cierpienia, co sposobów jego złagodzenia lub wręcz zakończenia. Próbuje dać receptę na wyleczenie z cierpienia, które jest tu potraktowane jako swoista choroba duszy. Receptą jest rozumność postępowania i akceptacja rzeczywistości.

         Nieco podobne widzenie cierpienia (jako choroby duszy) można odnaleźć w powieści  Wyspa milczenia (P. MacLachlan, Wyspa milczenia (tłum. M. Koziej–Ostaszkiewicz), Warszawa (Br), Nasza Księgarnia)  amerykańskiej pisarki Patrici MacLachlan (ur. w 1938 r.), książki  adresowanej do nieco starszych czytelników niż poprzednio wymienione pozycje. Przemilczane cierpienie rodziców nastoletniej Larkin po śmierci dziecka ma moc rozszerzania się na innych, zatruwania atmosfery, pogłębiania niezrozumienia. Dopiero wyrażenie cierpienia w słowach połączone z pomocą okazaną innemu dziecku (i jego matce) pozwala na odnalezienie prawdziwych osobowości bohaterów – zarówno tych dorosłych, jak i nastoletnich. Autorka twierdzi, że cierpienia nie można wytańczyć (co próbuje robić zrozpaczony tata) ani wymalować (co usiłuje czynić mama – malarka), trzeba je nazwać, nadać mu imię. Umarłe dziecko przestaje być anonimowym Dzieckiem w momencie wykucia imienia na nagrobnym kamieniu Cierpienie traci swoją męczącą, ponurą tajemniczość. Zostaje nazwane, w jakimś symbolicznym sensie oswojone. Staje się po prostu jednym z wielu  składników bogatego życia, niosącego również miłość, poczucie wspólnoty z innymi ludźmi (również przeżywającymi cierpienie), radość z pogłębiania relacji miedzy ludźmi i z obcowania z naturą.

       A jak wygląda sytuacja w literaturze tworzonej w naszym języku ojczystym?

         Obraz cierpienia przewija się przez wiele książek Anny Onichimowskiej, współczesnej polskiej pisarki, autorki kilkudziesięciu pozycji adresowanych przede wszystkim do dzieci – zarówno tych najmłodszych, jak i starszych.

        Jej spojrzenie na to zagadnienie wyraźnie wyrasta z tradycji Korczakowskiej. Autorka Trudnych powrotów doskonale zdaje sobie sprawę z odmienności uczuciowej dziecka i z problemów, jakie ma w związku z tym dorosły pisarz. Winien on: (…) nie rozumieć, a współodczuwać (z dzieckiem): dziecinnie cieszyć się i smucić, kochać i gniewać, obrażać i wstydzić, obawiać się i ufać. (J. Korczak, Pisma wybrane. T. 2. Warszawa 1984. Nasza Księgarnia, s.149). Dlatego w twórczości Anny Onichimowskiej brak jakichkolwiek recept, za to jest empatia wobec bohaterów, pomagająca czytelnikowi wspólnie z cierpiącym przeżyć jego cierpienie, za pośrednictwem literatury doświadczyć, czym ono jest. Na swój sposób go dotknąć i, dzięki temu, może przynajmniej w jakiejś części je oswoić tak, by – kiedy przyjdzie w realnym życiu – lepiej być na nie przygotowanym.

          Spośród książek Anny Onichimowskiej, w których przewija się temat cierpienia warto zachować w świadomości zwłaszcza  zbiór opowiadań Najwyższa góra świata (wpisany na Listę Honorową im. H. Ch. Andersena), gdzie znajdujemy kilka zapadających w pamięć (i serce) tekstów, których głównym tematem jest cierpienie (A. Onichimowska, Najwyższa góra świata. Warszawa 2005, Świat książki). Są to opowiadania Walizka (o przedmiotowo traktowanym przez rodziców sześcioletnim malcu, bezdusznie  – niczym walizka – przerzucanym z miejsca na miejsce decyzją rodziców, którzy wyjeżdżają za granicę, by zarobić na lepszą przyszłość…), Będę dzielna (o sytuacji i przeżyciach dziewczynki, która – po odejściu matki – pozostała z ojcem; w tym opowiadaniu cierpią wszyscy a sytuacja, niczym w greckiej tragedii, jest nie do rozwiązania; jedynym ratunkiem jest rozpaczliwa decyzja o byciu dzielną) i Małgosia (o dziewczynce emocjonalnie odrzuconej przez egocentryczną, niedojrzałą matkę). Anna Onichimowska niczego swoim bohaterom (ani swoim młodym czytelnikom) nie doradza, ona im po prostu towarzyszy, widzi i opisuje. W tym wypadku to wystarcza, by pozostawić istotny ślad. To postawa wyrastająca z ducha Korczaka i w pewien sposób pokrewna pisarskiej postawie Marii Konopnickiej (tak często wyśmiewanej z powodu rzekomej staroświeckości i niemal zupełnie dziś zapomnianej) przede wszystkim zdolnej do współodczuwania, ale i poprowadzenia klarownej narracji i konstruowania precyzyjnie zaplanowanej co do kompozycji formy fabularnej.

            Wydarzeniem literackim w świecie książki dziecięcej była na polskim rynku krótka pozycja Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby Złodzieje snów. (M. Strękowska-Zaremba, Złodzieje snów. Warszawa 2008, Nasza Księgarnia.).

        W konwencji antybaśni (To nie było za siedmioma górami, to nie było za siedmioma lasami, to było o tam, niedaleko) autorka przedstawia tam bezmiar cierpienia dzieci, których bezpieczny dotąd świat runął – rodzice rozstają się w gniewie. Cierpienie i strach odczuwają również przedmioty – wyrzucony talerz taty, chwiejący się ze zdziwienia kosz na śmieci. Autorka zarysowuje dramatyczną sytuację życiową rodzeństwa (dziewczynka nie może spać, nie pomagają zbyt pospiesznie kończone wizyty taty). Narracja jest prowadzona w trzeciej osobie, ale narratorka (jak to się zdarza w baśniach) ujawnia się czasem, czyniąc to jakby mimochodem. (Słyszałam, bo to było bardzo blisko). Złodzieje snów to utwór skonstruowany po mistrzowsku. Historia dziecięcego cierpienia została tu przedstawiona w tak sposób  sugestywny, że prawdziwym bohaterem utworu staje się nie mała Basia, nie jej brat (który próbuje ratować siostrę na własną rękę), ale samo  Cierpienie. Przenika ono cały świat przedstawiony. Jest obecne dosłownie wszędzie. Najważniejszą cechą cierpienia jest tutaj jego wszechobecność. Autorka unika przy tym wielosłowia, za to używa metafor, ale czyni to ostrożnie, w sposób dostępny dziecięcej percepcji. Mamy tu antropomorfizację czujących przedmiotów i miejsc, ale wciąż wychodzi jej naprzeciw refrenowo powracające przypomnienie  o antybaśniowości (Dom bardzo chciał, aby dzieci w nim zostały, jednak nie potrafił ich zatrzymać, bo to nie była bajka). W krótkich, migawkowych ujęciach miejsc, gdzie się rozgrywają wydarzenia, uderza położenie akcentu na odczuwanie (…dom bez okien i drzwi wodził za nim ślepymi oczami. Niepokoił się.). Istnieje tu  ciągłe napięcie pomiędzy chęcią istnienia w świecie, w którym wszystko potoczy się zgodnie ze znaną z baśni konwencją  a koniecznością zmierzenia się ze światem takim, jaki jest naprawdę. Chyba właśnie owo napięcie sprawia, że wrażenie, jakie robi ta książka, staje się naprawdę duże. Dziecko ogląda okrutne oblicze cierpienia poprzez pryzmat wysmakowanej literatury (przez duże L), oddziałującej nie tylko na emocje, ale i na poczucie estetyki. Ma szansę poczuć ból małej Basi i odnaleźć w sobie współczucie. Może też zasmakować antybaśniowości i tajemniczego napięcia między literaturą a życiem. Zakończenie Złodziei snów  daje pewną nadzieję, widać tu maleńkie światełko w tunelu ciemności.

            Powyższe przykłady dotyczą książek, w których na plan pierwszy wysuwa się ich literackość. Autorzy są mistrzami pióra, znakomicie władają słowem, potrafią tworzyć postaci bohaterów, interesującą fabułę, umieją zadbać o bogactwo świata przedstawionego i o przemawiający do uczuć nastrój. Trafiają do młodego odbiorcy za pomocą języka, używając charakterystycznych dla niego środków wyrazu. Opracowanie graficzne, czy też ilustracje (o ile się pojawiają) pełnią tu rolę wspierającą i nie mają istotnego wpływu na odbiór całości. Tego rodzaju książki można by (bez większej szkody dla odbioru i rozumienia) wydrukować na papierze gazetowym, choć, oczywiście, zawsze przyjemniej i lepiej jest obcować z pięknymi przedmiotami niż z przedmiotami byle jakimi. Milej jest wziąć do ręki książkę stworzoną przez mistrza słowa i w dodatku pięknie wyglądającą…

          W ostatnich latach zarysowuje się jednak coraz wyraźniej obecność wartościowych książek dla dzieci, w których literackość idzie w parze z mającą ogromne znaczenie w odbiorze całości  stroną wizualną; nierzadko z mniejszą lub większą przewagą tej drugiej sfery. Obraz zaczyna powoli przeważać nad słowem. Czy to dobrze? Nie wiadomo. Jest jednak faktem, że zjawisko istnienia i oddziaływania książki obrazkowej (picture book) nie jest już przez nikogo lekceważone. Wręcz przeciwnie – podkreśla się jej olbrzymią rolę w życiu młodego czytelnika.

         Przyjrzymy się jednej z nich, w której obecny jest temat dziecięcego cierpienia. Ogród (G. Maag, Ogród. Dobra opowieść na wielki smutek. Przełożył Jarosław Mikołajewski. Ilustrowała Irene Bedino. Warszawa 2005. Nasza Księgarnia) Georga Maaga (urodzonego w Niemczech, lecz od 1976 roku mieszkającego i pracującego w Turynie na Wydziale Literatury i Filozofii tamtejszego Uniwersytetu) z ilustracjami Irene Bedino to literacka a zarazem przemawiająca obrazem opowieść o cierpieniu dziecka po śmierci taty (słowo śmierć nie pojawia się ani razu).

      Narrator, mimo prowadzenia narracji w trzeciej osobie, stara się patrzeć na niezrozumiałe wydarzenie oczyma dziecka, którego świat runął, a ono czuje się straszliwie samotne; nikt nie spieszy mu z pomocą, bo nikt nie wie, jak to uczynić. Mała Walentynka w poczuciu krzywdy niszczy ogród, będący dotąd wspólną przestrzenią jej i ukochanego tatusia. Narrator opowiada o niszczeniu ogrodu, nie pomijając żadnego szczegółu (Zerwała kwiatek, następnie drugi i trzeci, potem kolejne. Rozrzuciła płatki po ziemi, zaczęła je deptać (…) Wyrwała wszystkie kwiaty (…)schwytała obie czerwone rybki (…)Wzięła karmnik i trzasnęła nim o ziemię), ale podkreślając też bolesną nieświadomość niszczycielskiego aktu (… Nie wiedziała, dlaczego płacze – z żalu za tatusiem, za rybkami czy za powyrywanymi kwiatami). Można się domyślać, że akt rozpaczy miał nadać sens  nieobecności tatusia – nie ma taty, a więc nie powinien istnieć i jego świat, dzielony dotąd z córeczką. Z perspektywy dziecka pokazują świat również ilustracje. Odbiorca widzi na przykład przytłaczający obraz anonimowych dorosłych, pokazanych tylko od dołu, pozbawionych górnych części ciała, czyli tak jakby  widziało ich bardzo małe dziecko. Ilustracje są pełne ekspresji, złości, wyrażającej się w użyciu nerwowej kreski, w stosowaniu deformacji w przedstawianiu sylwetek i ich mimiki, w operowaniu agresywnymi, wyrazistymi a jednocześnie przyciemnionymi barwami. Historia cierpienia małej Walentynki opowiedziana przez Georga Maaga byłaby niepełna bez ilustracji Irene Bedino. Ilustracje Irene Bedino nie przedstawiłyby istoty bólu dziewczynki bez opowieści Georga Maaga… Książka Georga Maaga i Irene Bedino to artystycznie udana próba ujęcia tematu śmierci w jej wymiarze eschatologicznym. To również udana próba podwójnego opisu cierpienia: za pomocą języka i obrazu. Pięknie zilustrowana opowieść nie prowadzi  małego czytelnika  ku jakiejkolwiek jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czym jest śmierć i dlaczego nadchodzi niespodziewanie, zabierając kochanych ludzi. Nie udziela  też odpowiedzi na pytanie, czym jest cierpienie po stracie najbliższych. Daje natomiast  ten rodzaj przeżycia, który, dzięki prawdzie w przedstawieniu namiętnych reakcji przerażonego i samotnego dziecka i dzięki obecności (zarówno w tekście, jak i w towarzyszącym mu obrazie) owej tajemniczej nutki poezji, pozwala na wiarę w dojrzałe uspokojenie i pozaracjonalne pogodzenie się z niewidzialnym ładem.

     Powyższe przykłady zostały wybrane według klucza osobistych upodobań.  Chodziło o to, by pokazać parę różnych podejść do trudnego tematu, z którym jednak próbowano się zmagać na różne sposoby zarówno w dość odległej przeszłości jak i stosunkowo niedawno. Zdaniem autorki warto o wymienionych tu pozycjach pamiętać.

Hanna Diduszko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

3 Replies to “Może kryje się przed nami, może cierpi skrycie?”

  1. Trudny temat. Prawdą jest, ze nam wydaje się, że cierpienie dorosłych jest większe, bo przecież dorośli są więksi (wyżsi itp.). Jednak ból bardziej boli dzieci, jestem o tym przekonana.
    Haniu, dzięki za ciekawy tekst, wybrane lektury! Wnikliwie, świetnie to robisz!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *